Zwiedzanie ospedale w Wenecji, a na ochłodę szerbet pomarańczowy

przez Monika w dniu 15 czerwca 2013 · 3 odpowiedzi

szerbet pomarańczowy1Podobno urodziłam się w Poznaniu, ale muszę mamę mocniej przycisnąć, gdyż śmiem mieć wątpliwości. Optowałabym raczej za Helem. Podejrzliwość stąd, że ilekroć widzę plażę, zachowuję się jak rasowa uchatka. Dajmy na to ostatnie wakacje…

Dzień I

W nocy 5 stopni pana Celsjusza i ulewa. W dzień 10 st., ale skoro kuknęło na chwilę słońce, to trzeba się ostentacyjnie uwalić na mokrym piachu, gdyż „słoneczna Italia” zobowiązuje. Inni też się uwalali, głównie na grubych kocach od spodu zabezpieczonych folią NRC, ale uchatki gardzą gadżetami. No bez histeryzowania, że zimno czy coś. Się zawinę, jak będę emerytowaną foką, na razie mam na plaży mózg 16-latki.

Dzień II

Uchatce trzasnęły zatoki, przemarznięte nerki nie dają spokoju, a usztywniona i skręcona od przewiania szyja każe bez przerwy zaglądać z głupią miną na taras sąsiadów na kempingu. Kretynka. Boli. Bardzo. Ale rasowa uchatka nie może zmarnować ani godziny wakacji, zatem trzeba coś łyknąć. Najlepiej podwójnie. Maksymalna dawka sprawdzona, jedziemy z koksem. Potem jeszcze 2, wieczorem też 2. (nazwy handlowej nie podam, ale główny składnik będę zmuszona, gdyż to ważny dla brzmienia element tej historii;-).

Dzień III

Zwiedzanie szpitala w Wenecji, a na ochłodę szerbet pomarańczowy2Jeszcze 2 piguły od samego rana. I o te dwie za dużo! Bo jak się okazuje, można nawet nie dobić do maksymalnej dawki jakiegoś leku, żeby nasz organizm odmówił współpracy – już nie byłam foką, ale waleniem wyrzuconym na plażę, który nie może nawet machnąć płetwą. Włoska sanitariuszka zadaje zbyt skomplikowane jak na mój stan pytania z rosyjskim akcentem: „łoc jor nejm!”. Obmywa mi twarz zimną wodą, z uporem maniaka twierdząc, że to zasłabnięcie. Po tłumaczeniach mej drugiej połowy, że łyknęłam tabletki piszczy: „alerdżiko parraczetamollo!”. Następnie coś o ambulansie. Ten wjeżdża z taką pompą, że już pół kempingu kibicuje: zawał czy porażenie słoneczne?

- Pejn? Pejn? – no to mój dzielny mężczyzna cierpliwie tłumaczy, że „no pejn”, bo się nałykałam tak, żeby było „no pejn” i nie czuję zupełnie nic. Że kiedyś miałam problem (a raczej podejrzenie, że to po tym) po innym leku przeciwbólowym. Jakim? „Łot is dys ketonalo?”. Następnie ekipa, po oklejeniu mnie szczelnie badziewiem do wykonywania EKG i wysłaniu wyniku we wszechświat (astenia tak, zawał nie), zatkaniu mi żył welfronami, wpadła w panikę, że może jednak nie mówimy całej prawdy (lub jest problem na łączach, gdyż my na angielski, obsługa kempingu z angielskiego na włoski, włoska szefowa ekipy ratowników przez telefon sprawozdanie do szpitala), że może jednak teraz poszło na raz i ketonalo i paraczetamolo i może nawet więcej! No i nie wiadomo co to to ketonalo. „Ospedale Wenecja” – szepnął ktoś. Łał. Wycieczka. To ja poproszę od razu na plac św. Marka, ale jak mi będzie lepiej.

Ospedale wenecja

Ospedale Wenecja

Łącza powrotne:  centrala, że ospedale, szefowa ekipy do sanitariuszki, że ospedale, sanitariuszka do tłumacza, że ospedale, tłumacz, że hospital. Bardzo wydało mi się to w przebłysku świadomości śmieszne, bo byliśmy na wąskim pasie lądu, który trzeba by było cały przejechać, więc do szpitala kawał, zwłaszcza tego w Wenecji. No ale ekipa miała lepszy pomysł. Wzywamy łódź ratunkową, a karetka mknie do portu w 2 minuty. Po drodze dostałam coś w żyłę na uspokojenie. Najpierw wydało mi się to bez sensu, gdyż leżałam baaardzo spolegliwie i niechętnie uchylałam nawet powieki. Ale kiedy łódź ruszyła, zrozumiałam i nawet przez chwilę, dzięki sporemu skokowi adrenaliny, porozumiewałam się z ratownikiem „Diabetes? Diabetes? Noł? Ar ju siur?”. Czyli śpiączka cukrzycowa też nie. Przynajmniej przestali mi grzebać w oczach i usilnie namawiać, żebym ich nie zamykała.

No nie będę Wam opisywać całego uroczego dnia spędzonego w weneckim szpitalu pod opieką naprawdę troskliwych lekarzy. Bo niewiele pamiętam. Jak im się mnie udawało momentami zmusić do porozumiewania się, to wychodziły cuda.

- Ar ju alerdziko? Jes? For łot? – no i stękająca foka ni cholery nie mogła przypomnieć sobie jak po angielsku są „pyłki”, zatem skróciła rozmowę do wyciśnięcia z siebie „grass”. Oni na to wielkie oczy i szybkie zlecenie na badanie moczu (dlaczego, to mi dopiero Iras po dotarciu uświadomił). W każdym razie tak sobie uroczo gawędziliśmy i poszukiwaliśmy czegokolwiek przy użyciu całego dostępnego w szpitalu sprzętu – od zawału, przez ćpuna lub lekomankę, po wariatkę.

Ni cholery nie wiem co mi było, ani co dostałam w żyłę. Ale coś w końcu pod wieczór nagle pomogło (mam wypis na 9 stron A4) i to tak, że nawet zrobiliśmy jeszcze spacer po Wenecji, bo jak na rasową fokę przystało, nie można marnować ani minuty urlopu. Nie wiem czym mnie naszprycowali, ale to było sto razy lepsze niż parraczetamollo, bo do końca wakacji nie bolało mnie już nic. A wenecki szpital po prostu cudo.

Żeby ochłonąć, proponuję szerbet pomarańczowy. Dedykuję go mojemu Irasowi, gdyż jego cierpliwość na moje przygody wielką jest:-)

Szerbet pomarańczowy

Zwiedzanie szpitala w Wenecji, a na ochłodę szerbet pomarańczowy3Szerbet to sorbet, do którego dodaje się odrobinę śmietanki lub serka mascarpone. Zainspirował mnie szerbet cytrynowy Jamiego Olivera, ale że do cytryny trzeba dać duuuużo cukru, żeby się to dało jeść, a dzieciaki i tak zwykle niechętnie, to ja zrobiłam w wersji pomarańczowej. Poza tym, żeby rozpuścić cukier w kwaśnym soku trzeba go podgrzać, więc witaminy uciekają. Natomiast można zrobić szerbet z surowego soku (samo mrożenie to najmniej wykradający cenne substancje sposób obróbki żarełka). Należy go po prostu zmiksować z odrobiną mascarpone. Jeśli trafią się Wam pomarańcze bardzo kwaśne, to ewentualnie można dosłodzić odrobiną miodu lub syropu z agawy.

- 2 szklanki soku z pomarańczy

- 2 łyżki serka mascarpone

Sok samodzielnie wycisnąć z pomarańczy, zostawić wraz z pływającymi drobinkami, zmiksować blenderem z serkiem i od razu ładować do zamrażarki. Można w pojemnikach z patyczkiem (wtedy mogą dłużej stać) lub ok. 2 h przed podaniem w większym pojemniku. Wówczas najlepiej przemieszać co ok. 20 minut, żeby powstał gęsty, zmrożony krem, ale nie kamień. Smacznego.

embed_zPxaETXlG6vBiJA7bzXySUgpsSB87Azz

  

{ 3 odpowiedzi… przeczytaj je poniżejdodaj jeden komentarz }

kasia Czerwiec 15, 2013 o 12:39 pm

szerbet- do zrobienia!
a historia… no cóż… gratuluję? ale nie polecam praktykować na każdym wyjeździe ;)
a myślałam, że to ja mam niezłe przygody- poszłam w Hiszpanii do szpitala, wyszłam z zapaleniem dziąsła, garścią prochów, po których nic nie pamiętam i pełnym kompletem badań wszelkich, nawet takich zupełnie niezwiązanych z celem wizyty. Ale fakt- te ich leki chyba są jakieś silniejsze- przez rok nic mnie nie bolało ;)

Odpowiedz

Monika Czerwiec 15, 2013 o 6:13 pm

Dobre:-)
Ja dość często miewam przygody, nie żebym była chorowita, po prostu mam… hmmm szczęście?;-) Już w kilku krajach zaliczyłam szpitale… najmilej wspominam dogadywanie się w dawnej Czechosłowacji i wypis z tego szpitala. W Polsce lekarze leżeli na ziemi i kwiczeli po przeczytaniu wypisu;-) No i do dziś w sumie nie wiadomo dokładnie z jakiego powodu miałam gips od szyi do pasa plus jedna ręka w środku;-)

Odpowiedz

kasia Czerwiec 15, 2013 o 6:34 pm

haha pięknie! przynajmniej jest co wspominać! ;)
ja aż takich przygód nie miałam.. jedynie w Egipcie po zobaczeniu szpitala doznałam cudownego ozdrowienia- jakoś.. nie wyglądało to miejsce zachęcająco ;)

Odpowiedz

Zostaw Komentarz

Poprzedni wpis:

Kolejny wpis: