Smaki Lizbony czyli Portugalia na talerzu

przez Natasza w dniu 24 kwietnia 2013 · 11 odpowiedzi

DSC02653 - Kopie

Lizbona w cztery dni! To oznacza kilkanaście najróżniejszych potraw, które należało wypróbować. Nie obyło się bez wpadki, czyli zaliczenia restauracji typowej dla turystów, w której tuńczyk przypominał podeszwę i to bardzo starego buta.

Na pierwszy ogień poszedł od razu bacalhau czyli solony dorsz, bez którego trudno wyobrazić sobie portugalską kuchnię. Podobno pod koniec piętnastego wieku jeden z żeglarzy powrócił do Portugalii z ładowniami pełnymi zasolonych ryb. Jak się okazało, nadal były one jadalne, co więcej – doskonale smakowały. Od tego czasu nastała era suszonego dorsza. Zanim wyląduje on jednak na talerzu, należy go porządnie wymoczyć – nawet do 40 godzin. W przeciwnym razie zamiast ryby poczujemy w ustach wyłącznie sól.

Bacalhau z grilla, z niewyobrażalną ilością czosnku :-)

Foto18

Pora na czarną paellię. Wygląda jak mroczna i bagnista breja,w której pływają dziwolągi. Trzeba odwagi, by zacząć ją jeść. Czarny kolor uzyskuje się dzięki naturalnym barwnikom z kalmarów lub mątw, nieodłącznych składników tw. arroz negro czyli czarnego ryżu. Serwowana na gorącej patelni. W smaku – wyborna.

Foto17

Wieczorem – kulinarna wpadka. Zamiast pobuszować po maleńkich uliczkach i zaszyć się gdzieś w równie maleńkiej restauracji, trafiam na turystyczną dzielnicę z tysiącem knajp. Najpier dopada mnie Senegalczyk wciskając na rękę magiczną bransoletkę, która uchroni mnie przed pechem. Wymawia: gulugugugugugu i spluwa radośnie. Jestem pod ochroną afrykańskiego zaklęcia. Zanim zdążyłam ochłonąć, już siedziałam na krześle przypadkowej restauracji, a portugalski kelner o korzeniach marokańskich wciskał mi kartę menu. Ok – spróbujmy. Duszony tuńczyk w sosie cytrynowym z rozmarynem. Mniam.

Na stół wjeżdża tuńczyk.

Sosu nie widzę. Rozmarynem nie pachnie. Jest za to breja z cukini. Kiwam na kelnera i próbuję mu wyjaśnić, że brakuje sosu, a suszona pietruszka to jednak nie to samo co rozmaryn.

- Nie każdy lubi cytrynę do ryby – wyjaśnia mi kelner.

Zdębiałam. No, nie każdy. Ale w menu wyraźnie jest napisane: „cytrynowy sos”.

Wzrusza ramionami i mówi, że przyniesie sos.

Próbuję tuńczyka. Jego twardość prawie rujnuje moje uzębienie. Tuńczyk przypomina mi podeszwę starego buta, jest suchy, w ogóle nie przyprawiony i smakuje podle. Pół godziny czekam na kelnera, który w końcu przynosi sos! Niestety tuńczyk jest teraz również lodowaty. Wstałam, zapłaciłam za wodę i zwiałam, zanim oberwałabym tuńczykową podeszwą w łeb. A zatem uwaga – jeśli kiedykolwiek traficie na turystyczną dzielnicę restauracyjną, zwiewajcie gdzie pieprz rośnie. Nie pomoże wam nawet afrykańskie zaklęcie odganiające pecha.

Dnia następnego, udałam się do dzielnicy Belem, do najsłynniejszej cukierni lizbońskiej, działającej od 1837 roku. Antiga Confeitaria de Belem. Wnętrze lokalu przypomina labirynt. Kilka mniejszych lub większych sal, wypełnionych po brzegi. Przed cukiernią – kolejka wijąca się niczym zaskroniec. Odczekałam jednak swoje chłonąc cudne zapachy i turystyczny gwar i wystawiając gębę do słońca. W końcu zaprowadzono mnie do wolnego stolika i zamówiłam hit cukierniczy: pasteis de nata, ciasteczko wypełnione kremem śmietankowym, ciepłe i chrupiące, posypane cukrem i cynamonem. Pożarłam sześć i poczułam błogość. Niestety przepis z  tej właśnie cukierni pozostaje najpilniej strzeżonym sekretem. Ale spróbuję – a nuż się uda?

Foto21

DSC02922

Ryby, ryby, ryby. Niezrażona podeszwowym tuńczykiem, dotarłam kolejnego dnia do Alfamy, najstarszej dzielnicy Lizbony. Zanim jednak poszukałam restauracji – około 40 minut jeździłam w te i we wte żółtym tramwajem nr 28. Radość jak na karuzeli. Maleńki, drewniany tramwaj, zasuwający po wąskich uliczkach Alfamy był rodzajem przystawki przed grillowaną doradą i grillowanymi sardynkami. Dorwałam je w niewielkiej restauracji, z okien której zwisało romantycznie pranie i jeździło mi ciut po głowie. Ale co tam. Dobrze, że nie po talerzu.

Foto3

Foto36

Ostatni wieczór. Gdybyście kiedykolwiek znaleźli się w Lizbonie – polecam Restaurante Faca&Garfo (Rua da Condessa,2). Tradycyjna kuchnia portugalska. Maleńkie wnętrze – maksymalnie 10 stolików. Od samego zapachu można się najeść. Podjęłam ryzyko tuńczykowe – tym razem jednak  rozpływał się na sam widok widelca. Miał w sobie oliwę z oliwek, czosnek i poszukiwany rozmaryn. Był miękki niczym ptasie mleczko. Pachniał zniewalająco. Zjadłam go w stylu potworów z kreskówek – jednym kłapnięciem.

Na deser zamówiłam coś bez nazwy – specjalność domu. Białe, w pucharku, posypane czymś. Po spróbowaniu domówiłam dwa kolejne. Chyba nigdy w życiu nie jadłam nic lepszego – delikatne, puszyste, nie za słodkie. Wyżebrałam skład i będę próbować. Właściwie to od razu pojadę po składniki!!!!

Foto30

{ 11 odpowiedzi… przeczytaj je poniżejdodaj jeden komentarz }

favcook Kwiecień 24, 2013 o 11:16 am

Mam nadzieję, że niedługo tam zawitam! :)

Odpowiedz

Natasza Kwiecień 24, 2013 o 11:34 am

Gorąco polecam!!! :-)

Odpowiedz

Sylwia Kwiecień 24, 2013 o 12:03 pm

Bardzo fajny post :) Zachęciłaś mnie do podróży do Portugalii :)

Odpowiedz

Natasza Kwiecień 24, 2013 o 12:04 pm

Dzięki, naprawdę warto tam się wybrać :-)

Odpowiedz

Katarzyna Kwiecień 24, 2013 o 3:12 pm

Rany, jak mi ślinianki zaczęły pracować! Pamiętam bacalhau w Porto.Genialne. Zazdroszczę Twoim kubkom smakowym. A czym popijałaś tego solonego dorsza. Czy może to było sławne Vinho Verde? Leciutkie, musujące, zimne – cudnie spłukiwało sól, czosnek i oliwę z gardła.

Odpowiedz

Natasza Kwiecień 24, 2013 o 3:39 pm

Ha! No jakże mogłam zapomnieć. Oczywiście, że vino verde!! A w ciągu dnia Sangrija z lekko gazowaną wodą i całym mnóstwem owoców! :-)

Odpowiedz

HIT PYCHOTKA Kwiecień 25, 2013 o 12:11 am

Lizbona jest piękna , byłam , jeździłam tramwajem 28, byłam na koncercie Marizy . Jeszcze tam wrócę, a tymczasem czekam na przepis na pyszne „coś”

Odpowiedz

Natasza Kwiecień 25, 2013 o 8:58 am

Koncertu Marizy zazdroszczę… ;-)

Odpowiedz

Krzysiek Lipiec 28, 2013 o 7:19 am

Świetny tekst – aż sam zgłodniałem, gdy go czytałem:) A udało Ci się spróbować różnych odmian dorsza? Jak wrażenia?:)

Polecam wszystkim zawsze kulinarne odkrywanie Portugalii!

Osoby zainteresowane kuchnią w Lizbonie odsyłam również do tekstu: http://infolizbona.pl/?p=1261

Pozdrawiam!

Odpowiedz

Natasza Lipiec 30, 2013 o 6:45 pm

Próbowałam trzech – z oliwą i czosnkiem, pod beszamelem i w grubej warstwie soli. Ale podobno jest 365 odmian ;-)

Odpowiedz

Kmoncia Grudzień 22, 2014 o 2:47 am

Hej, jestem obecnie w Lizbonie od miesiąca i zostaję kolejne jeszcze 2, ale chyba nie spróbowałam tylu jeszcze dań co opisane w tym poście! WOW!
Pójdę Twoim tropem na ten pyszny biały deser :)

Odpowiedz

Zostaw Komentarz

Poprzedni wpis:

Kolejny wpis: