Śliwki kontra maliny czyli męska menopauza

przez Natasza w dniu 2 lutego 2013 · 4 odpowiedzi

ciasto2

Słyszeliście o męskiej menopauzie? Jest o wiele gorsza od babskiej, dlatego należy ją tępić w zarodku. Przypomniało mi się o niej podczas pieczenia weekendowego ciasta. Miało być ze śliwkami, ale ostatecznie wybrałam maliny. Przeczytajcie dlaczego…

Ta historia jest już wielu osobom znana, ale jakoś uwielbiam do niej wracać. Pewnego dnia (a było to jakieś trzy lata temu)  mój mąż obudził się zlany potem (męskie uderzenia gorąca) i odkrył, że jego przeznaczeniem jest… MOTOR!!! Pęd ku wolności na czarnym demonie, w obcisłych skórzanych ciuchach i uśmiechem zdobywcy na nieogolonej gębie. Poinformował mnie o tym z wypiekami na twarzy i ogniem w oczach. Kiedy usłyszał dobitne „NIE”, zamarł i spojrzał na mnie jakbym go opluła żrącą cieczą. Więc mu uprzejmie przypomniałam, że miał już wypadek samochodowy i wylądował najpierw na drzewie, a potem na 8 tygodni w szpitalu, że ma dwójkę małych dzieci, którym jeszcze trochę się przyda, mimo menopauzy, andropauzy i każdej innej pauzy. Nie muszę oczywiście dodawać, że wszelkie kolejne próby podejmowania przez niego motorowego tematu były przeze mnie konsekwetnie ignorowane.

Aż tu pewnego dnia otwieram skrzynkę na listy i przeglądam pocztę.

Moją uwagę przykuła zwykła prosta koperta z napisem „Fahrschule” – przesyłka od miejscowej „nauki jazdy”. Wzgardziłam wpajaną mi od dzieciństwa tajemnicą korespondencji i otworzyłam list. I co???? RACHUNEK ZA UKOŃCZONY KURS JAZDY NA MOTORZE!!!!! Zagotowałam się niczym bulion wołowy, ale chwilowo milczałam. Następnego dnia było jeszcze gorzej, bo w bagażniku samochodowym znalazłam pełen sprzęt do jazdy – wspomniane wcześniej motorowe ciuchy z mega wyczesanymi butami, które stały przed samym moim nosem. Tym razem zagotowałam się jak dwa buliony, pognałam do domu, chwyciłam kubek z gorącą herbatą i miskę zgniłych śliwek przeznaczonych do kompostnika. Zrobiłam z tych dwóch rzeczy fascynujące mazidło, które wepchnęłam do motorowych butów i ugniotłam motorowymi skarpetami. Dopiero wtedy przyszło pewne ukojenie. Śliwkowo-herbaciana breja została odkryta przez niego na pięć minut przed EGZAMINEM KOŃCOWYM! W pierwszym odruchu chciał wracać do domu, by mnie osobiście zabić zgniłym butem, ale ostatecznie założył foliowe worki na nogi i wsunął je w upaćkane motorowe kozaczki. Niestety zdał.

Minęły trzy lata, a on motoru nadal nie kupił… Ostatnio jednak wciągnął się w podwodny świat na Animal Planet. Prawdopodobnie niebawem zapragnie zostać pogromcą rekinów i kumplem Kapitana Nemo. Ciekawe z jaką potrawą będzie mi się to kojarzyło?

Na razie, kiedy widzi placek ze śliwkami, ma mały tick nerwowy. A ponieważ jest miesiąc luty i zbliża się coś takiego jak Walentynki, wymienię śliwki na maliny. Zwłaszcza po tym, co przeczytałam o nich we wpisie Moni. Nie dość, że smaczne, to jeszcze zdrowe. Podobno medycyna tybetańska stosowała maliny w leczeniu różnego rodzaju nerwic i neurastenii, a to – przyznajmy szczerze – doskwiera niemal każdemu z nas. Dodatkowo owoce te dzięki zawartości kwasu elagowego, posiadają właściwości antybakteryjne, przeciwbólowe, uspokajające, obniżające ciśnienie krwi, wspomagające leczenie przeziębień, zapaleń jamy ustnej, gardła i krtani. Idealnie na końcówkę zimy.

 ciasto

Potrzebujemy:

pół kilo malin, oczywiście mrożonych, nie radzę wybierać się do lasu

100 g masy marcepanowej

pół kostki masła

100 g cukru trzcinowego

2 jajka

120 g mąki

35 g mąki ziemniaczanej

2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

100 g migdałowych płatków

olejek waniliowy

 malina1

malina

Masło ucieramy z cukrem, kilkoma kroplami olejku waniliowego oraz utartym marcepanem i jajkami. Następnie dosypujemy obie mąki oraz proszek do pieczenia i ładnie mieszamy, aż wszystko się połączy. Formę (21 x 24) wykładamy papierem i wylewamy na nią ciasto. Na wierzch kładziemy maliny, wtykając je w masę, żeby wlazły jak najgłębiej, dzięki czemu ciasto będzie bardziej mokre. Na wierzch wysypujemy płatki migdałowe i jeśli chcemy – posypujemy całość dwoma łyżeczkami brązowego cukru.

ciasto1

Blacha wjeżdża do rogrzanego do 180 stopni piekarnika i pozostaje tam około 45 minut.

 ciasto3

Bardzo wszystkim smakowało i nikomu z niczym brzydko się nie kojarzyło. Zwłaszcza przyszłemu poławiaczowi pereł :-)

{ 4 odpowiedzi… przeczytaj je poniżejdodaj jeden komentarz }

nutrija Luty 3, 2013 o 3:35 pm

piękna opowieść :)
Noi przyznaję, ze szalenie mi się Twój blog podoba! :):)

Odpowiedz

Natasza Luty 3, 2013 o 6:17 pm

Dziękujemy!! Piszemy we dwie. I we dwie gotujemy, jedna z Poznania druga z Niemiec :-). Zapraszamy częściej! N. i M.

Odpowiedz

gin Luty 5, 2013 o 6:07 pm

Uśmiałam się czytając tą historyjkę – napisałaś to po prostu rewelacyjnie :) Szczególnie przypadło mi do gustu „zagotowanie jak dwa buliony” ;)
A ciacho bardzo apetyczne :)

Odpowiedz

Natasza Luty 5, 2013 o 6:24 pm

:-) apetyczne i szybkie w wykonaniu. Polecam i zapraszamy częsciej do nas!

Odpowiedz

Zostaw Komentarz

Poprzedni wpis:

Kolejny wpis: