Rodzinne pierniczenie

przez Natasza w dniu 27 listopada 2012 · 0 odpowiedzi

Dzisiaj wieczorem nalot niemieckich bachorów i wspólne pieczenie pierniczków. Udoskonaliłam nieco przepis, więc mam nadzieję, że tym razem nie dostanę pierniczkowego zawału. W ubiegłym roku Olga została najpierw zaproszona do koleżanki, do której z kolei zaproszono Mikołaja. Mikołaj miał lekki poślizg terminowy, na szczęście dzieci w tym wieku jeszcze nie orientują się ani w datach, ani w godzinach, ani tym bardziej nie rozumieją upływającego czasu, o którym nam przypomina każdego dnia coraz obrzydliwiej marszcząca się skóra. Ale pomińmy ją na moment. Całość rozpoczęło wspólne pieczenie pierniczków i to jest właśnie moment, w którym wypróbowałam przepis z jakiejś podejrzanej książki kucharskiej sprzed stu lat.

Pierniczki łamiące zęby
Potrzebujemy: 105 g masła, 187 g cukru, paczuszkę cukru waniliowego, 257 g miodu, przyprawę do pierników, 2 jajka, 2 łyżeczki sody, 678 g mąki. Dokładnie takie liczby podano w książce, więc myślę, że ktoś próbował zrobić czytelników w wielkie jajo. Osobiście dałam się zrobić.

Najpierw podgrzewamy  masło z cukrem, cukrem waniliowym, przyprawą i miodem. Wszystko powinno się pięknie roztopić i powstać z tego brunatna maź o nęcącym zapachu. Następnie wbijamy do tego dwa jajka, dodajemy sodę i po szklance mąki, aż wsypiemy całe 678 g. Po każdej szklance zaciekle mieszamy, tak żeby wyrobić ciasto. Nie muszę chyba dodawać, że kiedy staje się ono upiornie gęste, każda kolejna szklanka mąki jest gwoździem do pierniczkowej trumny, a na usta cisną się słowa, nie mające nic wspólnego z duchem nadchodzących świąt. Zamiast „Chwała na wysokości”, nucimy sobie „k…a mać” i dalej ugniatamy ciasto. Jedynym plusem jest wyrzeźbienie wszystkich możliwych mięśni obu rąk. Kiedy dojdziemy do punktu, w którym ciasto jest gotowe, nie mamy najmniejszej ochoty na żadne pierniczki. Kiedy jednak znajdujemy się w otoczeniu dzieci i podejrzliwego Mikołaja, który czuje, że coś jest nie tak, posyłamy wszystkim bożonarodzeniowy uśmiech nr 7 i ze szczęściem w oczach chwytamy za wałek. Kroimy ciasto na małe części i wałkujemy każdą z nich tak cienko, że prawie znika. Następnie bierzemy foremki i wyciskamy figurki. To już robią dzieci, a my im tylko pomagamy rzucając na całe stadko roztkliwione spojrzenie przeszczęśliwej pani domu i kwoki kurcząt w jednym. To co wycisną kładziemy na blachę i pieczemy w temperaturze 170 stopni jakieś 12 minut, albo dłużej, jeśli wolimy, by były bardziej ciemne. Jak ostygną malujemy je czym się da, oczywiście pod warunkiem, że jest to do jedzenia – lukrem, polewą czekoladową i zdobimy cukierkowymi ozodobami lub skórką pomarańczową i orzechami. Albo migdałami. Albo czymkolwiek chcemy – tak naprawdę ogranicza nas tylko własna wyobraźnia. Możemy położyć na nich nawet plasterek buraka.
Acha.

Niemiecki Mikołaj jest jakiś dziwny,

ale podobno właśnie prawdziwy. Nie ma na sobie nic czerwonego, nie ma też żadnego worka z prezentami, ani czapy z pomponem. Jest ubrany na biało, na łbie ma mitrę (taką biskupią), a w ręku pastorał. Na szczęście ten miał dodatkowo małe paczuszki ze słodyczami i całe szczęście, bo inaczej mógłby dostać tym pastorałem po łydkach, gdyby pięcioletnie bachory zorientowały się, że przyszedł z gołymi rękami, a na dodatek powyżerał co ładniejsze pierniczki. W domu wylądowałam o ósmej wieczorem. Oldze i Filipowi z mordek ulewała się czekolada pomieszana z ciasteczkami i gumą do żucia, a na moje pytanie czy chcą kolację zgodnie beknęli, oczywiście przecząco… Na dodatek za oknem ktoś porozwieszał chmury i przykręcił termostat. A zza szafy łypała na mnie deska do prasowania… Suka.

Tak było w roku ubiegłym. Tym razem mam inny przepis, a Mikołaja nie zapraszałam. Zamelduję wieczorem w jakim jestem stanie i czy wspólne pieczenie pierniczków to rzeczywiście najpiękniejsza rzecz na świecie, oczywiście zaraz po zakupie butów.

{ 0 odpowiedzi… dodaj teraz jeden komentarz }

Zostaw Komentarz

Poprzedni wpis:

Kolejny wpis: