Plan Campbella, całkiem dobry plan!

przez Monika w dniu 14 listopada 2015 · 0 odpowiedzi

11215192_844195595693792_5420002281083069582_n (1)Dr Thomas Campbell, z TYCH Campbellów. Współautor popełnionych z ojcem „Nowoczesnych zasad odżywiania”. Mam do niego sentyment, bo moje wariactwo żywieniowe poszło drogą podobną do jego drogi: humanista, w którym budzi się wielbiciel prozdrowotnego, wręcz leczniczego żarcia. Do tematu podchodzi z dystansem, bez fanatyzmu. Szuka odpowiedzi na pytania, nie zakłada z góry, że jedna teoria jest słuszna. Dlatego potrafię mu zaufać.

Lubię jego podejście, łamiące stereotypowe myślenie o żarciu. Szukacie ostatecznej odpowiedzi czy węglowodany są w końcu zdrowe czy nie?  Czy w diecie lepiej jest zwiększać ich udział czy zmniejszać? Otóż pan Campbell zauważa słusznie, że nie ma jednej grupy produktów węglowodanowych, po prostu się nie da tak prowadzić rozważań! Bo jak ktoś chce skrytykować, to pamięta, że to także biała mąka i cukier. Jak ktoś chce zachwalać, to wymieni warzywa, owoce i zboża. A jedno do drugiego ma się nijak. Dlatego Campbell zaproponował nowy podział na grupy produktów żywieniowych. Koniec z podziałem na: białko, węglowodany i tłuszcz. Zamiast tego proponuje: produkty pochodzenia zwierzęcego, produkty roślinne wysoko przetworzone (czyli te gorsze węglowodany) i produkty roślinne proste. Proste:-)

Produkty pochodzenia zwierzęcego. Kto nie był przekonany do bezsensu obecności ich na naszych talerzach, po przeczytaniu książki nie będzie miał wątpliwości! Co ważne, tu nie ma ideologii, tylko punkt po punkcie przeanalizowane porównanie oddziaływania na organizm diety z i bez padliny oraz zawartości wymion krów i innych zwierzaków. Baaardzo słabo w porównaniu wartości odżywczych wypadają oczywiście także produkty przetworzone. Przykłady takie jak te dotyczące diety goryli (30 proc. energii to białko, nawet kiedy wcinają tylko liście!) pokazują jak wiele mitów wciskano nam latami w promowaniu spożywania ścierwa.

Campbell, podobnie jak mój ukochany Ornish, jest też przeciwnikiem tłuszczu. Dowodzi szybko, że nawet jeśli nie dodajemy do posiłków masła, oleju, oliwy, to udział tłuszczu w diecie roślinnej wynosi ok. 9-10 proc. Do tego, żeby się wchłonęły witaminy więcej nie trzeba. Mam też niedobrą wiadomość dla wielbicieli teorii, że cholesterol jest nam niezbędny. Jest, ale potrafi go produkować w potrzebnych (i bezpiecznych!)  ilościach nasza wątroba, więc sorry.

Generalnie na wstępie kilkadziesiąt stron twardych dowodów na to, że zdecydowanie to właśnie nieprzetworzone rośliny powinny być podstawą naszej diety. Dla mnie nie nowość. Wielbiciele diety paleo nie będą zachwyceni…

Generalnie Campbellowi chodzi o to, aby pokazać nam idealny, z punktu widzenia działania prozdrowotnego, plan odżywiania. Poza tym ogólnym podziałem analizuje też takie zagadnienia i współczesne dylematy jak znaczenie tłuszczu, soja – dobra czy zła, ryby (czy naprawdę takie zdrowe?), omega-3, GMO, suplementy, a także wałkowany ostatnio ponad jakąkolwiek wytrzymałość gluten. We wszystkich aspektach analizuje wszelkie dostępne badania, szuka, często inaczej, niestandardowo, dziury w całym.

Tłuszcz? Dieta śródziemnomorska jest zdrowa p o m i m o jego obecności w diecie, a nie dzięki niemu… choć nie zauważyli tego niestety badacze pod koniec ubiegłego wieku i oszaleliśmy na punkcie oliwy.

Ryby? Z badań wynika, że zjadacze ryb najczęściej statystycznie jedzą też więcej warzyw i owoców, a mniej mięsa i produktów przetworzonych. To nie ryby mają prozdrowotny wpływ, a ta cała, niezła, reszta… Podobnych błędów w wyciąganiu wniosków w badaniach Campbell pokazuje sporo.

Co do pszenicy ma autor sporo obaw, ale daleki jest od tego, żeby obarczać ją winą za wszystkie choroby świata. Słyszałaś/łeś, że ktoś się czuje lepiej po odstawieniu glutenu? Bardzo możliwe, ale wraz z glutenem tenże osobnik odstawił pewnie słodkie wypieki i sporo zapychaczy wątpliwej jakości i wartości odżywczej. Obniżył też IG diety. Więc to gluten ma znaczenie czy te współodstawione składniki? Na razie żadne badania nie dowiodły istnienia niezwiązanej z celiakią nietolerancji na gluten. Pokazały natomiast, że w tej kwestii bardzo silnie działa podświadomość: w badaniach ludzie przekonani (błędnie!), że są na diecie bezglutenowej czuli się lepiej. Gorzej ci, którym powiedziano (znów dla zmyły - tzw. ślepa próba), że wpierniczają gluten. Zatem opowieści cudów znajomych, którzy odstawili i teraz nie wiedzą czemu wcześniej nie zeszli z drogi zła, mogą być już mniej przekonujące.

I tak właśnie Campbell miażdży niektóre nasze przekonania o słuszności paru cudownych diet. Co prawda czasem zaznacza, że oczywiście jest możliwe, że za 10 lat kilka z pomniejszych tez odszczeka, bo mogą się znaleźć nowe wyniki badań. Ale generalnie całość planu oparta jest na tak  twardych podstawach, że parę drobiazgów niewiele zmieni. Głównych założeń na pewno nie.

Tak czy inaczej wygląda plan Campbella obiecująco i przekonująco. Nie opowiem wszystkiego, bo wtedy jaki byłby sens czytać książkę?;-) Ale polecam! Poza analizami wszystkich problematycznych produktów sporo porad jak wprowadzić plan w życie, jadłospisy, a także parędziesiąt stron przepisów kulinarnych. Coś na pewno zrobię niebawem i wtedy opowiem, czy poza wiedzą na temat leczniczego działania żarcia ma Campbell także zdolności kulinarne.

Monika

{ 0 odpowiedzi… dodaj teraz jeden komentarz }

Zostaw Komentarz

Poprzedni wpis:

Kolejny wpis: