Onigiri i zaklęcia zakazane

przez Monika w dniu 12 kwietnia 2013 · 7 odpowiedzi

onigiri1Żywieniowa wariatka wisiała z nosem przyklejonym do okna i wpatrywała się w ostatnią łatę śniegu w ogrodzie. Twarz szczelnie przylegająca do szyby, jak ryjek glonojada w akwarium, odrobinę utrudniała mówienie, ale dało się słyszeć: – Zniknij! Przepadnij! A kysz! – dyszała na taflę szkła. Bezczelna śnieżna łata zabierała się stąd jednak zbyt wolno i żywieniowa postanowiła wziąć sprawy w swoje łapska. Topnieniu tego ostatniego bastionu zimy, który usadowił się akurat przy jej tarasie, kibicowała już od kilku dni. Chuchała, dmuchała, pluła nawet śliną rozgrzaną do czerwoności, a Siwa bestia (czyli suka uwielbiająca obierki jabłek) ciut ją podgryzała, tę łatę znaczy się. Z obserwowania tego znikania odczuwała jakąś obrzydliwie sadystyczną przyjemność. Tak, jakby wpatrywanie się w mizerniejący śnieg mógł pomścić długie miesiące marznięcia.

łata1Chuchanie jednak działało za słabo. Dlatego właśnie tego dnia, kiedy łata była już naprawdę niewielka, żywieniowa postanowiła ją dobić. Przygotowała zestaw niezawodnych instrumentów: od przywoływania wiosny zaklęciem ACCIO, przez mające redukować śnieg REDUCTO, znikające EVANESCO, po wyczarowujące kwiaty ORCHIDEUS. I nic! Łata mocno trzymała się trawy i chwastów. Żywieniowa zaszalała więc z zakazanym zaklęciem AVADA KEDAVRA. Była tak zdeterminowana, łata2że nie obawiała się nawet kary za użycie tej klątwy zabijającej, którą mogło być dożywocie w Azkabanie. Może dlatego, że Azkaban brzmi prawie jak Akwizgran, a stąd już niedaleko do Nataszy, więc z głodu nie zdechnie.

Wariatka już zbliżyła się do łaty na minimalną odległość, aby wycedzić w ostatnim akcie rozpaczy MORTADDIN, czyli zaklęcie, które może zabić za jednym zamachem nawet 300 smoków (więc z łatą śniegu powinno sobie tym łata3bardziej poradzić), ale przypomniała sobie, że miała powiesić pranie. A kiedy wróciła do ogrodu po 15 minutach śniegu nie było! Tak, dziś około godz. 13.20 stało się! Dosłownie zresztą od tego momentu zaczęło się robić cieplej i cieplej! Ufff, z opóźnieniem, ale zaklęcia zadziałały.

Wiosna!!! Trzeba to jakoś opić lub „objeść”. Zachciało się więc wariatce pikniku! Tak do bólu. Wiosennego. Ale jak to u żywieniowej, nawet piknik musi być z fantazją. To może piknik w stylu japońskim?! Mhmmm.

onigiri2O tak! Styl japoński to jeden z wariatki ulubionych! I nie chodzi o origami, haiku i Woshuretto (połączenie toalety z bidetem, suszarką do pupy i innymi cuda wiankami, obsługiwanymi dzięki panelowi sterowania), ale o styl życia, dokładniej styl żarcia. Japończycy najbardziej spektakularnie wydłużają swoje życie. Są prawdziwymi rekordzistami, na choroby sercowo-naczyniowe zapadają kilkukrotnie rzadziej niż mieszkańcy np. Finlandii czy Holandii (choć ciut częściej niż wielbiciele zdrowej diety śródziemnomorskiej w wydaniu kreteńskim, ale nie uwspółcześnionym o fast-foody). A skąd wiadomo, że to styl żarcia ma główne znaczenie? Ano stąd, że Japończycy to honorny naród. Jeśli wynoszą się z Japonii w inne rejony, to szybko starają się nadrobić straty i zbliżyć, dzięki zmianie nawyków żywieniowych, do zachorowalności autochtonów. Np. Japończycy z Hiroszimy, jeśli przesiedlą się na Hawaje, to już dwukrotnie częściej zapadają na choroby sercowo-naczyniowe, a jeśli pechowo trafią do Kalifornii, to nawet czterokrotnie. Podobnie z chorobami nowotworowymi. Japonki i Japończycy w swoim kraju bardzo rzadko chorują na raka piersi czy prostaty (wskaźnik śmiertelności kilkukrotnie niższy niż np. w Stanach). Ale jeśli Japończyk wyemigruje do kolebki tuczników na dwóch nogach i zacznie jeść to co one, to częstotliwość zachorowań wśród tej grupy szybko zbliża się do tej „miejscowej”. Jedzmy więc to co Japończycy, ale nie to, co Japończycy „na wyjeździe”.

Onigiri

onigiri3To proste danie, które Japończycy szykują zwykle na pikniki właśnie. Ryżowe spłaszczone kulki albo z marynowaną śliwką, albo z rybą, ale nie surową, bo czasem piknik odbywa się dalej niż trzy kroki od domostwa, zatem surowa ryba mogłaby ciut zmienić właściwości organoleptyczne. Ryba grillowana lub pieczona, często mocno solona, żeby sól dodatkowo konserwowała piknikowy smakołyk.  Zawijany w nori w taki sposób, aby łatwo można było jeść rękoma. Ale po kolei:

- ryż do sushi 1/2 kg

- filet z łososia ok. 250-300 g (ja do dania serwowanego w domu upiekłam w folii alu w piekarniku z czosnkiem; można też użyć łososia wędzonego, zwłaszcza, jeśli faktycznie zabieramy tobołek na piknik)

- płaty nori (wystarczą 4 szt.)

- czarny sezam (może być też biały, ale czarny ładniej wygląda:-)

- ocet ryżowy (ja za pierwszym razem robiłam z octem winnym, ale lepsze są z ryżowym)

- 1 łyżka cukru (nie musi być, a w profilaktyce raka lub diecie antyrakowej ten składnik należy pominąć)

- sos sojowy (lub sojowo-grzybowy)

Dodatki do podania: imbir marynowany (różowy!) oraz pasta wasabi

Ryż gotujemy według przepisu na opakowaniu (ten który ja kupuję, wymaga 20 minut moczenia, odsączenia, zalania świeżą wodą w stosunku 1 szkl. ryżu : 1,2 szkl. wody, gotowania przez 10 minut i pozostawienia kolejne 15 min. pod przykryciem). Do lekko ciepłego dodajemy łyżkę cukru, 4 łyżki octu ryżowego, 1 łyżkę sosu sojowego oraz 2 łychy sezamu. Następnie dorzucamy rozkawałkowaną rybę, pozbawioną skóry i ości. Mieszamy. Wilgotnymi dłońmi formujemy onigiri. Czyli najpierw kulkę lekko spłaszczamy, następnie delikatnie ugniatamy trzy boki, aby powstało coś spłaszczonego w kształcie zbliżone do trójkątnego klopsika (tak w oryginale, ale jak chcecie, to możecie w tego ulepić wymarzoną rzeźbę lub pozostać przy spłaszczonej kulce). Nakładamy pasek wodorostów nori. Schładzamy.

Podajemy z imbirem marynowanym, pastą wasabi i sosem sojowym (w miseczce), ale te dodatki to już jedzący określają co i ile, w zależności od tego jak ostro ma im się kojarzyć japońska wiosna.

onigiri4

PS. Diety online – zapraszam tutaj 

{ 7 odpowiedzi… przeczytaj je poniżejdodaj jeden komentarz }

Tatiana Kwiecień 13, 2013 o 2:03 am

Czy ja coś przeoczyłam czy w przepisie została pominięta ryba? :)

Odpowiedz

Monika Kwiecień 13, 2013 o 7:48 am

Aaaaaa! Odpłynęła mi ryba albo ja odpłynęłam w czasie pisania;-) Już poprawiam! Dzięki:-)

Odpowiedz

Patyska Kwiecień 13, 2013 o 8:37 am

Pamiętam, jak ze 20 lat temu pierwszy raz zrobiłam sushi. Smak nori był dla mnie odrażający, a moja mama zjadła wszystko i powiedziała – jeszcze. Potem różnie bywało, ale od jakichś 5 lat zupełnie nie rozumiem, o co mi chodziło te 20 lat temu. Domowe sushi robimy bardzo często i uwielbiamy. Robimy wege, bo boję się pasożytów z surowych ryb, a rybki po obróbce termicznej to już nie to samo. No ale dałabyś dzieciakowi surową rybę? No właśnie…
Ale do rzeczy – mniam. I super sposób owijania glonami, bardzo poręczny :)

Odpowiedz

Monika Kwiecień 13, 2013 o 10:55 pm

Ja nie jestem fanką surowizny. (A już u nas nie ufam, że zakupiona ryba świeża). Dlatego lubię ten przepis, bo jest pieczona:-)

Odpowiedz

kasia Kwiecień 13, 2013 o 3:46 pm

śnieg… mi się zdarzało biegać po ogródku z czajnikiem i likwidować ostatnie kawałki zimy gorącą wodą. Ten sposób polecam, wygodniejszy niż suszarka do włosów… ;)
Fajny przepis- uwielbiam japońszczyznę, ale póki co tylko jeść, a nie robić. Może dzięki temu przepisowi w końcu się skuszę…

Odpowiedz

Monika Kwiecień 13, 2013 o 10:56 pm

Dobre, przetestuję za rok;-)

Odpowiedz

Natasza Kwiecień 13, 2013 o 10:02 pm

A moje dzieci jedzą surowa rybę, w sushi właśnie. I nawet nie przeszkadza im świadomość, ze to surowa. :-)

Odpowiedz

Zostaw Komentarz

Poprzedni wpis:

Kolejny wpis: