O Londynie, szkockiej wołowinie i nocy na Heathrow

przez Natasza w dniu 30 września 2013 · 1 odpowiedź

DSC04168

Ciąg dalszych naszych lodyńskich przygód był nieco mniej zabawny, choć ciągle jeszcze smaczny. Głównie za sprawą Union Jack, restauracji Jamiego Olivera w Covent Garden. Prosto i na temat. :-)

Foto 103 - Kopie

W menu przede wszystkich rewelacyjna pizza (angielska z angielskimi odmianami mięcha plus całą masą chili), dwie sałatki, kurczak oraz stek. Wybrałyśmy pizzę brytyjską oraz szkocką wołowinę na pięciu rodzajach sałaty i trzech rodajach rzepy. Całość posypana świeżo utartym chrzanem.

Foto 108

Foto 89

No i na koniec deser. Sernik. Tyle, że nie podano nam tradycyjnego sernika, piecznego i ukrojonego w trójkącik, ale raczej sernikowy deser, z pokruszonym ciastem chlebowym oraz konfiturą  z owoców leśnych.

Foto 101

Następnego dnia dałyśmy się uwieść japońskiej restauracji, która zachęcała sloganem: „suhi i nie tylko”. Niestety tego „nie tylko” było zdecydowanie więcej. W kolorowych miseczkach pływały glony, kawałki kurczaka!, a nawet czekoladowe trufle oraz marcepanowe kulki. Miseczek z sushi  nie było zbyt wiele, a jeśli już się pojawiły, to najczęściej ze zmiksowanym tuńczykiem (oby nie z puszki) lub paluszkami kraba, wyjątkowo mało wyrazistymi w smaku. Japoński kucharz uśmiechał się za to wdzięcznie i pytał co chwila: „good?”. Glony i trufle good.

Foto 65

Ostatni dzień. Camden Town. I od rana mieszanka wszystkich zapachów świata. Na miejscowym rynku międzynarodowy jarmark kulinarny. Znalazłyśmy polskie pierogi, hiszpańską paellę, amerykańskie żeberka i włoską lasagne. I raz jeszcze sushi, tym razem z rybą. I jeszcze pakistańskie naleśniki faszerowane serem i kurczakiem, a na koniec solony karmel. I być może właśnie z przejedzenia źle obliczyłyśmy dojazd z centrum Londynu na Heathrow.

Foto 105

Foto 128

Foto 126

Foto 130

- Pół godziny?

- A, to  zapasem.

Niestety. Jechałyśmy godzinę. Samolot odlatywał o godzinie 20.00, a my na lotnisku, przy NASZEJ bramce do przejścia, z kartami pokładowymi w ręku, spocone niczym miejskie szczury, znalazłyśmy się o 19.30. Ulga, że jednak się udało. Ale ulga trwała zaledwie trzy sekudny, bowiem bramka za cholerę nie chciała zeskanować naszych biletów, piszczała jak wściekła i świeciła na czerwono. Oddelegowano nas do British Airways, gdzie miły pan z wrednie miłym uśmiechem oznamił : „too late”.

- Dlaczego????

- Bo bramka zamyka się automatycznie o 19.25.

Potem było jeszcze przyjemniej, gdyż okazało się, że tego dnia nie ma żadnych innych lotów, ale jest dnia następnego, wcześnie rano i TYLKO za 350 funtów od osoby. Czyli jakieś 7 obiadów u Jamiego. Na szczęście znalazłyśmy tańsze połącznie Brussels Airlines i lekko zamroczone całą sytuacją postanowiłyśmy wykupić hotel, przespać porażkę samolotową i odlecieć z Londynu dnia następnego. I tu zaczęły się schody. Hotel Service znalazłyśmy dość szybko, pan posługujący się bardziej starocerkiewnym niż angielskim zarezerwował nam nawet nocleg i kazał galopem biec na Terminal 1, żeby zdążyć na Shuttle Bus. Pognałyśmy niczym rącze gazele. Niestety na Terminalu 1 poinformowano nas, że to nie tu. I kazano galopować na Terminal 3. Tam, dziwna kobieta oznajmiła, że mamy czekać. Wróciła po 20 minutach i oznajmiła, że wszystkie Shuttle Busy odjechały, ale ona załatwi taksówkę. Następnie opowiedziała historię o przestępcy, który naciąga naiwnych klientów i każe za podwiezienie do lotniskowego hotelu płacić 100 funtów. I, że ona go osobiście szuka. Złapie i odda w ręce sprawiedliwości. Pół godziny później zadzwoniła w końcu po taksówkę. A potem mrugnęła tajnie i kazała wyjść bocznym wyjściem. Zrobiła się 12.00 w nocy, przy bocznym wyjściu nie było żywego ducha. Nagle podjechał czarny samochód z czarnymi szybami i wysiadł z niego uroczy Arab. Niestety nigdzie nie było widać napisu TAXI, a pan poproszony o dokumenty uśmiechnął się złowieszczo i…. odmówił. Natychmiast uznałyśmy go za mordercę, gwałciciela lub przynajmniej handlarza organów i trzymając bagaż podręczny w zębach zwiewałyśmy w takim tempie, że prawie znalazłyśmy się z powrotem w centrum Londynu. W tej sytuacji odpuściłyśmy sobie hotel i uznałyśmy, że najbezpieczniej będzie pokoczować na Heathrow, nad czterdziestoma filiżankami kawy. Zasnąć nie miałyśmy już odwagi. Następnego dnia jako PIERWSZE ustawiłyśmy się do odprawy celnej, podczas której zabrano nam konfiturę z gorzkich pomarańczy. Bo miała 200 g.

:-)

A na pierwszą część przygód, zapraszamy tutaj.

{ 1 odpowiedź… przeczytaj go poniżej albododaj jeden komentarz }

Daga Styczeń 5, 2014 o 1:05 pm

Jeszcze nie byłam ale muszę się kiedyś wybrać! Pozdrawiam i zapraszam do siebie!

Odpowiedz

Zostaw Komentarz

Poprzedni wpis:

Kolejny wpis: