Mus malinowy, czyli spadaj raku

przez Monika w dniu 1 lutego 2013 · 2 odpowiedzi

mus malinowy- Czas mamy dobry! – stwierdziła żywieniowa wariatka spojrzawszy jednym okiem na zegar. Drugie kontrolowało ilość pary wydobywającą się z czajnika. Jak zwykle zorganizowana lepiej, niż chińska armia. W jej kuchni ciasta praktycznie same wyskakiwały z piekarnika – jak gotowe karmniki spod stołu Adama Słodowego. No nie żeby wszystko „samo się”. Zorganizowanie polegało na tym, że mus z awokado miksowała, przyciskając włącznik miksera palcem serdecznym prawej ręki, pozostałe paluchy tej samej dłoni zaangażowane były w tym czasie w rozrywanie kolejnych torebek z galaretką, lewa ręka już wykrawała pierwsze kawałki ciasta marchewkowego. Prawie robot kuchenny, ale w kiecce, z wydętymi dumnie ustami i rzęsami mazgniętymi maskarą. Wszystko gotowe? No to jest pół godziny na małą kawkę i… goście. Przyjaciele, z którymi zdecydowanie za długo się nie widziała, więc chciała uraczyć, umilić i w ogóle. Na stole lądowały więc kolejne smakołyki, ciastunia dekorowane opowieściami o pochodzeniu przepisu, ozdabiane cmokaniem i mlaskaniem. Ale… Coś było nie tak! Jedli za wolno! Tym razem nawet bez stopera wiedziała, że to nie jest tempo pochłaniania absolutnych, fenomenalnych rarytasów. Poprosili, owszem, grzecznościowo o kawałek na jutro do pracy. Ale coś było nie tak. Za dużo beta-karotenu?

galaretka z malinami

- O nie! – warknęła dość donośnie – Na wynos wydaję ciasta pod warunkiem połknięcia pierwszego kawałka w mniej niż 15 sekund. Co jest grane? – tylko siwa suka ośmieliła się drgnąć.

- Aaaaaa, a czy moglibyśmy dostać to, co dzieci? – wymamrotali w końcu, tak cicho, że ciężko było rozpoznać czy głos był bardziej kobiecy, czy męski… Rzeczywiście, ponieważ jej małe pyskate bestie nie przepadają za korzennymi aromatami, które zdominowały menu, wykonała dla nich ekspresowo wielką miskę (taką na poncz) galaretki z malinami. 2 litry tejże i sosik waniliowy z jogurtu zalegały na samym końcu stołu. Nietykalne, jeśli nie poczęstuje sama wariatka…

Zlitowała się!

Sporo scen z ostatnich odwiedzin przyjaciół zostało oczywiście podkolorowanych, ale jeden fakt absolutnie nietknięty. Rzeczywiście hitem wśród zdecydowanie bardziej wymyślnych smakołyków okazało się danie przygotowane z myślą o dzieciach. I zeżarliśmy, patrząc na śnieg za oknem, te 2 litry galaretki z furą malin i byliśmy przeszczęśliwi… Styczeń, mróz i maliny. To jest całkiem udane połączenie.

Maliny, czyli spadaj raku

Uwaga! Uwaga! Znalazłam badania świadczące o tym, że najważniejszy składnik prozdrowotny malin nie ulega zniszczeniu w trakcie mrożenia! Kwas elagowy blokuje proces tworzenia nowych naczyń krwionośnych, które są niezbędne, aby odżywiać guzy nowotworowe (trudne słowo na dziś – angiogeneza). Wszystkie rodzaje nowotworów są zależne od takich dostaw, dlatego maliny i inne drobne owoce (m.in. truskawki, poziomki, borówki) zdecydowanie są istotnym czynnikiem, który może zapobiec powstaniu raka, a nawet zahamować rozwój już istniejącego. Kanadyjscy naukowcy – Richard Beliveau i Denis Gingras – są specjalistami w testowaniu przydatności różnych związków chemicznych na hamowanie rozwoju komórek rakowych. To w ich laboratorium sprawdzane są wszystkie dające nadzieję leki na raka. I jak wspomina inny naukowiec, to właśnie ekstrakt z malin (w dawce zbliżonej do przeciętnie pochłanianej porcji malin, to nie była cysterna) dorównał lekowi blokującemu angiogenezę. Tylko jak opatentować maliny i kto mógłby zapłacić za kontynuację takich badań? W dodatku skutków ubocznych brak.

Mus malinowy

mus malinowyChorzy na raka oczywiście słodkich galaretek absolutnie nie powinni jeść – im polecam mus malinowy. Rozmrożone maliny miksujemy z syropem z agawy (obok cukru brzozowego dozwolona słodkość w diecie antyrakowej) i… razem czekamy na wiosnę!

Dziś 1 lutego. Dobrze, że maliny zajęły całą jedną szufladę w mojej zamrażarce, jakoś wytrzymamy do lata…

Diety lecznicze online - zapraszam tutaj.

{ 2 odpowiedzi… przeczytaj je poniżejdodaj jeden komentarz }

Marta Luty 1, 2013 o 10:56 pm

Jakim cudem udało ich ci się nie pożreć na świeżo? u nas niewykonalne…

Odpowiedz

Monika Luty 2, 2013 o 8:07 am

Hi, hi, hi, nabyłam jednorazowo taką ilość, że nie było możliwe pożreć wszystkiego:-) Wpychaliśmy w siebie, wpychaliśmy, to „parę” kilo, które zostało, zamroziłam:-) Gorzej, że mamy takie tempo opróżniania tej szuflady, że nie wiem czy nie przechwaliłam i czy faktycznie wystarczy do lata… No nic, w przyszłym roku zamrożę więcej;-)

Odpowiedz

Zostaw Komentarz

Poprzedni wpis:

Kolejny wpis: