Wspomnienia PRL-u czyli kostka cappucino na Wielkanoc

przez Natasza w dniu 11 marca 2013 · 8 odpowiedzi

cappucino1

Z okazji Dnia Dziecka, z okazji zakończenia szkoły  i ślicznego świadectwa, albo z okazji imienin zaliczałam wyprawy z mamą do Hortextu, hotelu Polonez lub baru Kociak w Poznaniu. Bar Kociak serwował niezapomniane desery Anula i Natasza (nomen omen), a Hortex genialne ciasta – kostkę cappucino, kostkę z galaretką, brzdące i torty najróżniejsze. To był absolutny raj dla podniebienia, którego nasze dzieci nie są wstanie pojąć. No, ale dla mnie miś Haribo był poezją smaku, dostępną tylko wtedy, gdy ktoś Z ZAGRANICY przywiózł paczuszkę tych pyszności, a gumę Donald żułam trzy dni.

W ramach poszukiwań zaginionych smaków postanowiłam odtworzyć kostkę cappucino i zrobić sobie kawę w szklance bez uszka. Przepis na ciasto wyszperałam w starych przepisach babci, a krem nieco zmodyfikowałam, bowiem w wersji tłustej składał się on  głównie z masła. Wymieniłam masło na serek mascarpone light – w czasach PRL-u chyba nawet Włosi nie słyszeli o czymś takim :-). Proponuję taką kostkę na Wielkanoc, w końcu nie zawsze musimy stawiać na stole babę drożdżową, która jakoś zbyt szybko robi się sucha. I proponuję ją również wszystkim tym, którzy mają w rodzinach Bożeny i Krystyny (za dwa dni imieniny) – ja mam Bożenową mamę, która zawsze uwielbiała kostkę cappucino oraz tort kawowy z kawałkami bezy. Nigdy nie lubiła za to kawy w szklance.

cappucino5

Na ciasto potrzebujemy:

120 g masła

130 g brązowego cukru (wtedy ciasto jest ciemniejsze)

5 jajek

tabliczkę gorzkiej czekolady

2 łyżki rozpuszczalnej kawy

2 łyżki likieru kawowego

130 g mąki

łyżeczkę proszku do pieczenia

cappucino8

Masło ucieramy mikserem, aż zrobi się miękkie i jasne. Czekoladę rozpuszczamy (można bezpośrednio w garnuszku, można w kąpieli wodnej).

cappucino7

Dodajemy czekoladę do masła i ucieramy dalej. Wsypujemy cukier, rozpuszczoną w dwóch łyżkach wody kawę, likier oraz 5 żółtek i dalej dokładnie miksujemy. Na koniec dodajemy proszek oraz mąkę. Osobno ubijamy białka i mieszamy je z ciastem czekoladowym. Ciasto pieczemy około 35 minut w 170 stopniach (góra-dół) w formie o bokach 26 x 21 cm lub kwadratowej np. ok. 23 cm. Wystudzone przecinamy na pół.

Na masę potrzebujemy:

250 g serka mascarpone light

350 g śmietany kremówki

2 łyżeczki żelatyny

70 g kawy cappucino (słodzonej, wtedy nie potrzeba więcej cukru)

Serek mieszamy z kawą cappucino, jeśli jest za mało słodki dodajemy łyżkę cukru. Ubijamy kremówkę i odkładamy do osobnej miseczki jedną trzecią ubitej śmietany. Do pozostałej śmietany wlewamy rozpuszczoną i wystudzoną żelatynę i całość mieszamy z kawowym mascarpone. Masę schładzamy kilka minut w lodówce, a następnie smarujemy nią blat ciasta, przykrywamy drugim blatem, a na wierzch nakładamy bitą śmietanę, którą odłożyliśmy do miseczki. Całość posypujemy cappucino w proszku zmieszanym z łyżką świeżo zmielonej kawy.

cappucino4

cappucino2

Tak właśnie smakowało moje dzieciństwo.

 

{ 8 odpowiedzi… przeczytaj je poniżejdodaj jeden komentarz }

Ola Marzec 11, 2013 o 2:13 pm

Czy można pominąć dodawanie żelatyny, zepsuje to coś? Krystyna to moja mama i chętnie zjadłabym z nią takie ciacho :D

Odpowiedz

Natasza Marzec 11, 2013 o 2:32 pm

MOżna, po prostu masa będzie wtedy mniej ścięta. Można wtedy dać więcej mascarpone, a mniej bitej śmietany. Smacznych imienin! :-)

Odpowiedz

Patyska Marzec 11, 2013 o 9:52 pm

Hmmmm… ja w PRL-u nie dostawałam takich cudów…

Odpowiedz

Natasza Marzec 11, 2013 o 10:46 pm

A to szkoda :-). To było warte czekania. Tak jak sporadyczne wypady do Pewexu, w którym za dolara można było kupić sporo słodyczy :-)

Odpowiedz

Matylda Marzec 20, 2013 o 10:00 pm

Natasza jakie Ty odległe czasy pamiętasz ? A mak prosto z makówki jadłaś, grałaś w kapsle i skakałaś w gumę bo ja tak :).
Do szklanki bez uszka ze spodeczkiem również mam sentyment nawet niedawno zakupiłam sobie komplet. Oczywiście gościom w takich szklankach kawy nie podaję bo się boje że łapki poparzą :)
Przepis bardzo apetyczny i na pewno go wypróbuję
Pozdrawiam
Matylda

Odpowiedz

Natasza Marzec 21, 2013 o 9:10 am

Guma to była podstawa!!! Godziny pod trzepakiem i skakanie do upadłego. Kapsle też zbierałam, wkładalo się do środka wycięte flagi państw i zalewało woskiem. Potem były zawody, który kraj wygrał :-). I jeszcze pamiętam zbieranie kolorowych koralików i kul – graliśmy w to na podwórku, bo tam były dziury. :-) I właśnie dlatego nie kupię moim dzieciom Nintendo. Niech same wymyślają sobie gry :-)
Pozdrawiam, Natasza

Odpowiedz

Matylda Marzec 21, 2013 o 8:27 pm

Właśnie to było fajne ze mogliśmy SAMI wychodzić na podwórko bez opieki rodziców i obaw że będziemy napastowani przez ludzi o dziwnej orientacji albo że ktoś powie „dziecko z rodziny patologicznej”.
Pozdrawiam
Matylda

Odpowiedz

hajduczek Maj 28, 2014 o 1:55 am

Natasza, ja w Kociaku zamawiałam Anulę albo super-wypas – Ambrozję! Chodziłyśmy tam z mamą przy okazji każdej bytności „w mieście” na zakupach. Bo wtedy nie było galerii handlowych, taką galerią było centrum miasta (brakuje mi tego odrobinę).
A do Hortexu rodzice zabierali nas w dniu rozdania świadectw na lody, a raczej desery lodowe. Ich nazw niestety nie pamiętam, bo bywało się tam tylko raz do roku – TO BYŁO PRAWDZIWE ŚWIĘTO!

A pamiętasz brzdące z Rynku Jeżyckiego? Teraz nie kupi się takich ciastek. Trzeba własnoręcznie piec, ale ja akurat na to nie narzekam, bo lubię pichcić. A Twoja kostka kusi bardzo, muszę ją tylko pozbawić żelatyny:-)

Przepraszam za komentowanie po tak długim czasie od publikacji, ale parę dni temu trafiłam do Was z innego bloga, chyba od Patyski Teraz czytam, idąc wstecz, i się ekscytuję…

Odpowiedz

Zostaw Komentarz

Poprzedni wpis:

Kolejny wpis: