Historia Kasi, czyli jak niewiele trzeba, by zrobić z faceta kuchennego boga…

przez Natasza w dniu 14 listopada 2012 · 0 odpowiedzi

Kasia jest moją koleżanką z czasów przedszkolnych i w ubiegłym roku skończyła trzydzieści kilka lat. Nie dobiła jej jednak świadomość przemijania, gdyż, jak wiadomo, mamy dzisiaj kremy, które zapewniają kobietom skórę niemowlaka przez cały rok, a im dłuższa ulotka producenta, tym skuteczniejsza wiara w zawartość słoiczka. Kasia wklepała więc w siebie to, co powinna i rozesłała zaproszenia do wszystkich bliższych i dalszych znajomych na „urodzinowe fantazje kuchenne”. Mistrzem ceremonii miał być jej aktualny narzeczony, który zobowiązał się sam wymyślić atrakcyjne potrawy, następnie je przyrządzić i zaserwować oszołomionym gościom.

Pozazdrościłam Kasi…

Bo gotujący partner, to dzisiaj obok yorka w torebce, absolutnie niezbędny dodatek współczesnej kobiety. Większość z nas mdleje przecież na widok uroczego Francuza, który machając rozgrzaną patelnią i krzycząc „teraz ryba kroić dzwonkowo”, wyczarowuje na ekranie faszerowanego łososia w sosie bursztynowym, albo płetwę rekina skąpaną w borówkowej polewie. Jest jeszcze Anglik, którego do domu zaprosił podobno sam Brad Pitt, zapewne w celu podszkolenia się. I paru innych kucharczyków z różnych krajów świata, a wszyscy młodzi, przystojni i poruszający się po kuchni niczym modelki na wybiegu. Nie masz pomysłu na życie, ale dobrze wyglądasz i lubisz mówić? Zagotuj wodę, wrzuć do niej dwie parówki, wzbogać je garścią ziół i barwnymi opowieściami, a każda kobieta dostrzeże w tobie ideał. Jeśli dodatkowo zaczniesz robić to publicznie, dostrzeże cię również producent telewizyjny, a wtedy będziesz wymachiwać parówkami za całkiem przyzwoite pieniądze i staniesz się kolejnym idolem sezonu.

Na urodziny wyruszyłam głodna…

Mieszkanie Kasi było ślicznie przystrojone, wszędzie paliły się świece, było ciepło i bardzo stylowo. Kasia przywitała mnie nieprzytomnie po czym zniknęła nagle i w stylu magicznym. Postanowiłam później złożyć jej życzenia i wręczyć prezent, a na razie powdychać fascynujące kulinarne zapachy, dochodzące z okolic kuchennych. Za zielonymi drzwiami skrywał się sam Mistrz, komponujący coraz to wymyślniejsze specjały. Moje kubki smakowe pootwierały się na oścież, język utopił w ślinie. Na szczęście nie musiałam zbyt długo czekać. Zielone drzwi stanęły otworem i oczom naszym ukazał się Mistrz wnoszący parujący półmisek. Na nim zaś wylegiwała się ogniście czerwona papryka, faszerowana delikatną jagnięciną, podlana wytrawnym winem i posypana prażonymi migdałami. Głód kazał mi rzucić się łapczywie na tę kusząco pachnącą potrawę i nieprzyzwoicie szybko ją pochłonąć. Była skandalicznie doskonała. Później w żołądek swój upchnęłam jeszcze smażone rydze z dodatkiem musztardowego kremu, oliwkowo-czosnkowe paluszki krabów w sosie jogurtowo-szczypiorkowym oraz pulchne naleśniki z konfiturą malinową i kulką lodów śmietankowych. Tort pistacjowy rzucił mnie na kolana, a przy sorbecie cytrynowym załkałam. Kasia znalazła boga. Postanowiłam pogratulować jej ukochanego i podpytać czy nie ma przypadkiem brata bliźniaka albo chociaż kuzyna z zacięciem gastronomicznym. Kasi jednakże nigdzie nie było. Po dokładnym przeszukaniu wszystkich pomieszczeń, tarasu oraz łazienki, nacisnęłam klamkę zielonych drzwi.
Papryka walała się na podłodze w ilościach sporych…. Farsz znajdował się na suficie i kapał intrygująco… Paluszki krabowe wpełzły na firankę.

Na rydzu omal nie wybiłam sobie zęba…

A sorbet znajdował się na dekolcie Kasi, która właśnie ubijała mikserem serek mascarpone, aby uzyskać puszystą pianę do tiramisu. Całość uzupełniały brudne garnki, oblepione naczynia, zbite talerze i otwarta na oścież lodówka. Tymczasem Mistrz siedział na stołku i dyrygował. To, co mu aktualnie przeszkadzało strzepywał na ziemię i rozdeptywał. Dłonią poprawił sobie fyzurę i przetarł szmatką obuwie. A potargana Kasia dwoiła się i troiła, nic dziwnego zatem, że na mnie nie zwróciła najmniejszej uwagi. Wymknęłam się cichutko i wróciłam do gości. Po chwili zjawił się Mistrz roznoszący miseczki z deserem tiramisu i gotową opowieścią ileż to trzeba kręcić w jedną, a ile w drugą stronę, aby takową puszystość uzyskać. Żeńska odmiana gości wpatrywała się w niego z uwielbieniem, męska z błyskiem zazdrości i mocnym postanowieniem podjęcia próby ugotowania choćby białej kiełbasy. O dziwo, nikt nie zauważył nieobecności Kasi. Kilka godzin później po urodzinach zostało tylko wspomnienie. Zmył się również Mistrz, odprowadzany okrzykami zachwytów i nabrzmiałymi erotyką komplementami. Prześliczne mieszkanko Kasi przypomniało pobojowisko, a kuchnia nadawała się do remontu. Zapragnęłam okazać współczucie mojej koleżance i pomóc chociaż odrobinę. Kasia obruszyła się całkiem szczerze.

- No co ty! Gdybym przyznała, że ja to wszystko przygotowałam, nie byłoby takiego efektu! A tak mam faceta, który jest mistrzem kuchni. Każda by takiego chciała ? dodała nie bez dumy i poszła po ścierę. Następnie padła godnie na kolana i podjęła próbę doszorowania podłogi. Historia ta nauczyła mnie jednego ? facet w kuchni to bóg, kobieta to kura. Na znak protestu proponuję wszystkim „Kasiom”, by porzuciły ten kuchenny stereotyp i same przemieniły się w kulinarnego elfa z ubijakiem zamiast różdżki. Kuchnia to nie więzienie. To magiczna kraina, w której wyczarować można dosłownie wszystko. A przede wszystkim wiarę w siebie.

N.

 

{ 0 odpowiedzi… dodaj teraz jeden komentarz }

Zostaw Komentarz

Kolejny wpis: