Drożdżówka kontra nauka, czyli apelik do Pani Minister

przez Monika w dniu 2 października 2015 · 6 odpowiedzi

sklepiki szkolneWykonałam z uciechy kilka pajacyków, gdy pojawiły się ustalenia/ograniczenia dot. dozwolonego asortymentu w gniazdach rozpusty, czyli szkolnych sklepikach. Wczoraj natomiast padłam, widząc wspaniałomyślny gest pani minister, która jedynie sobie znanymi cudownymi metodami WYNEGOCJOWAŁA drożdżówki dla szkolnych sklepików.

Szanowna Pani Minister! To najbardziej niedorzeczny pomysł (ledwo się powstrzymałam, żeby nie napisać, że debilny), na jaki Pani w swojej kadencji wpadła. Wyjaśnię pokrótce dlaczego nie ma sensu ulegać zbiorowej histerii dotyczącej wolnego dostępu do syfnego żarcia dla każdego ucznia.

Otóż. Szkoła jest od tego, żeby było cacy. Tak na wzór. A jeśli nie i jeśli przekonują Panią histeryczne teksty o tym, że uczniowie i tak po szkole mają dostęp do chipsów i chemii zwanej przez niektórych żywnością, to - zapytam złośliwie i przekornie – może wprowadźmy w szkołach także fajki i alkohol? Przecież po szkole dzieciaki i młodzież z dostępem do nich sobie radzą, to jaki sens mają ograniczenia w ogóle?

Drożdżówka ma O (słownie zero) wartości odżywczych. No chyba, że ktoś tam z rozpędu wetknie paluchem 3 porzeczki, to będą ułamki procenta błonnika i śladowe ilości witamin. Poza tym mamy cukier (zło), białą mąkę (zło), tłuszcze podłej jakości (też zło, wiadomo). I to by było na tyle. Prawdopodobnie nie ma Pani o tym zielonego pojęcia, ale tego typu produkty powodują zmiany w zachowaniu dzieci. Tak! Na serio! Proszę zadzwonić do jakiegokolwiek ośrodka specjalizującego się w pracy z dziećmi nadpobudliwymi. Zresztą ten problem dotyczy prawie połowy dzieci w wieku szkolnym (gdzieś mi w oko wpadło, że ponad 40 proc., ale proszę mi wierzyć na słowo, nie znajdę teraz źródła). A szkoła zdaje się jest od tego, żeby wbić co nieco do głów dzieciakom, więc może nie utrudniajmy im już tego, pasąc je produktami powodującymi brak koncentracji i nadpobudliwość?

A poza tym te akurat składniki to taka słodka ścieżka w kierunku otyłości, cukrzycy, chorób serca. Oszczędzę i nie będę robiła dokładniejszego wykładu;-)

Polskie dzieciaki tyją najszybciej spośród innych krajów europejskich - jak Pani poprosi swój sztabik, to na pewno odszukają badania. Były publikowane niedawno. Możemy brać przykład z innych krajów, ale przy tym warto myśleć. W Stanach pizza została dopuszczona w szkołach, bo łyżka ketchupu to porcja warzyw przecież;-) Ale można brać przykład także ze Stanów, gdzie w jednej ze szkół, zdaje się, że w Nowym Jorku, wprowadzono dosłownie wzorcowe wyżywienie (plus warsztaty dla rodziców) - niech Pani zgadnie po jakim czasie zmieniły się wyniki w nauce uczniów, kiedy był wyraźny wynik w rankingach i na egzaminach?

Przeciętny uczeń ma średnią zdolność korzystania z silnej woli ciut słabszą niż dorośli. A przecież nawet dorośli nie są wzorcami, jeśli chodzi o prozdrowotne odżywianie (z badań wynika, że ponad 80 proc. twierdzi, że się zdrowo odżywia, ale ponad 70 proc. rąbie chipsy). Wejdzie taki do sklepu i zawsze się skusi na jakiś miękki narkotyk (czyt. cukier). Więc jakim cudem chcemy oczekiwać od dzieci, żeby się powstrzymały? Jeżeli dziecko będzie miało do wyboru w sklepiku szkolnym pełnoziarnistą bułkę z wszystkimi cudami świata lub dobrej jakości musli z prześlicznej urody owocami lub drożdżówkę, to wybierze niestety to ostatnie. I tak codziennie, przez większą część roku…

A to dlatego Szanowna Pani Minister, że jesteśmy wybrakowani. Mamy defekt mózgu. Z całym szacunkiem - Pani też to w tym kontekście dotyczy. Nasze mózgi  zapewniają nam odruchy naszych praprzodków, którzy poszukiwali w otoczeniu/ w diecie tych składników, których im najbardziej brakowało: cukru, tłuszczu i sodu. Stąd nasze współczesne apetyty na takie właśnie smaki, mimo tego, że proporcje się zdecydowanie odwróciły i mamy soli, cukru i tłuszczu powyżej kłaków w nosach i uszach.

Szanowna Pani Minister, niech Pani nie schrzani mojej roboty, którą z uporem maniaka wykonuję w mojej okolicy, prowadząc dla dzieciaków zajęcia motywujące do zdrowego odżywiania. Nie jakieś tam pitu pitu o kaloriach, ale tak na wyobraźnię: dlaczego Messi nie może ważyć sto kg, jak to się dzieje, że Scott Jurek daje radę przebiec ponad 200 km, co jeść, żeby poprawić pamięć i dzięki temu krócej wkuwać do sprawdzianu. Uczniowie po lekcji włazili za mną do toalety z dodatkowymi pytaniami i pomysłami na to, co ICH ZDANIEM powinno być w sklepiku szkolnym, dla ich zdrowia! W efekcie tych naszych wspólnych starań w szkolnym sklepiku ustawiają się kolejki po - o zgrozo - bułki pełnoziarniste i musli z owocami!.Można, serio, tylko się musi ludziom chcieć, a dzieciom wystarczy pokazać dlaczego ten kierunek to nie fanaberia, ale po prostu świetna droga, dzięki której mają jeszcze większe szanse spełnić swoje marzenia.

Oni, uczniowie, mają niesamowitą wiedzę o tym, co jest dla nich dobre, trzeba im tylko ułatwić wybory.

I żeby nie było - tak, znam smak drożdżówki i moje dzieci też, ale to raczej powinien być wyjątek w jadłospisie. Jedna drożdżówka wiosny nie czyni? Tak, ale jedna dziennie w szkole to 20 kg syfu rocznie w brzuchach dzieci. Około 57 000 kalorii rocznie. Słownie pięćdziesiąt siedem tysięcy kalorii…

Z poważaniem
Żywieniowa wariatka

{ 6 odpowiedzi… przeczytaj je poniżejdodaj jeden komentarz }

Lina w Śmietanie Październik 2, 2015 o 8:39 pm

Podpisuję się rękami i nogami. Do rozporządzenia o sklepikach mam zastrzeżenie ale innej natury. Dlaczego promuje się bezgluten? Bo akurat teraz jest na to moda? (na Zachodzie już przemija z resztą) ile procent ludzi ma celiaklię? Więc dawajmy dzieciom bułki bezglutenowe z listą składników dłuższą niż lista zagadnień maturalnych. Bo oczywiście każdy sklepik stać na mąkę jaglano-kasztanowo-bógwiejaką.

Zgadzam się w 100% z tym, że w szkole ma być wzorcowo. Dzieci owszem polecą do sklepu po colę i chipsy. Raz, drugi, trzeci, a za czwartym nie będzie im się chciało biegać i z konieczności kupią coś w sklepiku. Z drugiej strony, po co w ogóle koniecznie potrzebny sklepik. Ja w pracy sklepiku nie mam, a siedzę tam o wiele dłużej niż dziecko w szkole. A w godzinach nauki szkolnej jem najpierw owoc, a potem obiad przyniesiony z domu (stołówka szkolna?). Oczywiście pamiętam jak było w szkole. Byłam 10 kg grubsza niż teraz. Bo cały dzień żarcie ze sklepiku, w podstawówce jeszcze obiad, a potem o 18:00 drugi obiad już z rodzicami. Hmm, teraz jem mniej.

Z trzeciej strony znowu, nawyki wynosi się z domu. Moja kuzynka dostawała w dzieciństwie na przegryzkę tylko warzywa i owoce. Słodyczy po raz pierwszy spróbowała w przedszkolu i wcale nie była nimi szczególnie zachwycona :) Nie łudzę się specjalnie, że jeżeli w domu je się mrożoną pizzę do odgrzania w mikofali, zamawia telefonicznie fast foody z kanapy przed tv, to dzieci z tych domów będą świadome, że można inaczej. A jak w domu je się dobrze, to jednak jest to podświadome poczucie, że te batony to jednak syf jest. Nie chciałabym za to aby z polskimi dziećmi i rodzinami Jamie Olivier mógł nakręcić kolejną serię programów, „jak rodzice nie wiedzą co to sałata, więc skąd mają to wiedzieć dzieci”…

Odpowiedz

Monika Październik 3, 2015 o 5:52 am

Dokładnie. Ja ponadto nie wierzę w to podnoszone w wielu tekstach bieganie dzieci do sklepików. W czasie lekcji dzieciom nie wolno opuszczać szkoły…:-) Mogą przed, mogą po kupować, ale jak dzieci klas 1-3 są w świetlicy, to na bank pani nie daje wyjściówek do sklepiku;-) dzieki za głos! pozdrawiam

Odpowiedz

Alicja Październik 3, 2015 o 6:47 am

Zgadzam się z panią! Sama interesuję się zdrowym żywieniem i te ustawy o sklepikach są moim zdaniem idealne! Po co je psuć?:)

Odpowiedz

Monika Październik 3, 2015 o 1:39 pm

Też nie kumam, zupełnie. No chyba, że poniedziałek się dowiemy, że PRZECIEŻ chodziło o drożdżówki pełnoziarniste, z ksylitolem i olejem kokosowym;-) pozdrawiam

Odpowiedz

Monika Październik 3, 2015 o 1:40 pm

I jeszcze… z tą „panią” nie przesadzajmy, po prostu Monika:-) pozdrawiam!

Odpowiedz

Monika Październik 3, 2015 o 10:14 pm

Święta prawda, kolejny świetny pomysł Pani Minister, ciekawe ile taka niemądra decyzja doda głosów w wyborach, jeszcze się okaże że te „wynegocjowane” drożdżówki nie przełożyły się na głosy, wartościowa ustawa o pozbyciu sie syfu ze szkół została zepsuta…strasznie to smutne że w Polsce tak łatwo wszystko się psuje, no może za wyjątkiem drożdżówek które się świetnie konserwują…

Odpowiedz

Zostaw Komentarz

Poprzedni wpis:

Kolejny wpis: