Dlaczego wariatka gardzi padliną i zapiekanka z grzybami

przez Monika w dniu 18 lutego 2013 · 4 odpowiedzi

zapiekankaŻywieniowa wariatka gardzi mięsem – wiem, trudno tę informację przeoczyć;-) Ale wstrętu do mięśni ssaków nie nabawiła się przy familijnym stole (wręcz przeciwnie!). Nie ulitowała się także nad milusińskimi kurczaczkami, pięknookimi cielaczkami i warchlaczkami tak słodkimi, że topowe cukiernie powinny ich łbami dekorować torty. Co więcej, filmiki nagrywane ukradkiem w rzeźni mogła oglądać, przegryzając w międzyczasie soczysty plaster boczku, ewentualnie karkówkę z kaparami (dawniej numer jeden wśród ulubionych dań). A widząc krowę, bezczelnie kiwała plastrem cielęciny: „O! Mamunia krowunia! Zrób pa pa!”. Świnia, można by powiedzieć, ale to by był komplement.

W każdym razie większą część życia żywieniowa wariatka z pewnością miała mięchem usłaną. Dziś, kiedy szczerze gardzi zjadaniem braci ssaków, ma do siebie żal, że naprawdę nie zrobiła tego z pobudek wyższych, a wyłącznie z egoistycznych.  A jednorazowy zakup – przez przypadek – butów nie skórzanych, to także było za mało, żeby stać się honorowym członkiem bojowników o prawa zwierząt. Nici z zadzierania nosa, egoistka parszywa i tyle.

Ale tym bardziej warto wziąć pod uwagę jej argumenty przeciw zjadaniu padliny, bo o ile z poglądami można dyskutować, to z faktami i badaniami już nie… Na czym wariatka opiera swoje przekonanie, że mięcho to sam syf: od początku do końca?

Nasi przodkowie jedli mięso

zapiekanka3Tak, ale to było naprawdę mięso! MIĘSO = MIĘŚNIE! To były mięśnie zwierzaków zasuwających przez łąki i lasy, brykających, strzelających kupy jedna od drugiej w promieniu przynajmniej kilkunastu kilometrów, a nie w piramidkę pod siebie. Było to więc mięso z „mięśniaków”, z niewielkim dodatkiem tłuszczu. I nie chodzi wyłącznie o ten brzeżek szyneczki, który można wyciąć, ale o to, że obecnie zwierzęta tuczone w ciasnych boksach mają raczej sam tłuszcz, poprzedzielany cienkimi włóknami mięśni… w zaniku. Nawet jeśli nie widać tego gołym okiem, a mięsko wydaje się chude jak z gazeli, to jego skład zmienił się radykalnie.

A żeby w tych boksach zwierzęta rosły szybciej niż drożdżowe ciasto, trzeba im co nieco do karmy dorzucić: hormony, antybiotyki, badziewie okropne. Więc jeśli ktoś chce promować dietę paleo, to niech szczerze powie, że od pierwowzoru będzie się ona różnic „nieznacznie”, bowiem zamiast białka w postaci mięśni podajemy tłuszcz z domieszką chemii.

Mięso eko jest lepsze?

Może ciut, bo nie działają na nas „gratisy” od producenta. Ale samo w sobie też działaniem prozdrowotnym nie grzeszy. Mięso to tłuszcz (jeśli wydaje Ci się, że jest inaczej, patrz punkt wyżej), a ten wzmaga wydzielanie żółci. Kwasy żółciowe w jelitach przekształcają się w kwasy deoksycholowy i litocholowy – a te już mają bezpośrednie i bezapelacyjne działanie kancerogenne.

W poszukiwaniu mięśni?

Idziemy polować na sarenki w lesie (bo biegają i jedzą trawę)? Też nie! Bo mądry współczesny człowiek, nawet jak dorwie potencjalnie nieszkodliwy ochłap pożywienia, to już wie co z nim zrobić, żeby organizm nie przeżył szoku nagłego odzwyczajania od syfu. Aby zdrowy ochłap mięsa stał się rakotwórczy, należy go migusiem:

zapiekanka4- „spalić” (nazywamy to zwykle smażeniem lub pieczeniem lub grillowaniem), a w procesie pirolizy właśnie powstają wolne rodniki, a im ich więcej, tym szybciej choróbska.

- peklować – czyli szprycujemy azotanami (kojarzycie te kanaliki w plasterku wędliny?), które mogą ulegać przemianom do azotynów (w produkcie lub już w… człowieku) a to już ścieżka, nawet nie kręta, do tworzenia kancerogennych nitrozoamin (wpływ szczególnie na błonę śluzową odbytnicy – stąd m.in. epidemia raka jelita grubego).

A nawet na surowo nie przeginajcie, bo nadmiar żelaza znów sprzyja tworzeniu wolnych rodników. Jak się nie obrócić, zawsze…

O argumentach związanych z profilaktyką antymiażdżycową w kontekście mięsa było tutaj, więc, choć to wariatki ulubiony temat, dziś dajmy spokój. Że dzieciaki dostają za dużo białka i mięcha, to już Natasza była uprzejma wyłuszczyć (tutaj). Że podmiana choćby jednej porcji mięsa dziennie na coś roślinnego, zbożowego, albo rybnego wpływa na znaczne zmniejszenie zagrożenia rakiem lub zawałem lub udarem… chyba gdzieś wspominałam (a jak nie, to możecie być pewni…). A jeśli nie chcecie rezygnować, to spróbujcie chociaż ograniczyć.

Nie wyobrażacie sobie obiadu bez mięsa? Żywieniowa wariatka nie wyobrażała sobie bez mięsa śniadania, obiadu, kolacji, a nawet podwieczorku. Owszem, na początku wymyślenie trzech pod rząd bezmięsnych obiadów może się wydać wyczynem, ale później inwencja roznosi – prawdopodobnie także w związku z tym, że odstawienie mięsa poprawia krążenie i dotlenienie mózgu, więc myśli zasuwają z prędkością światła.

Zapraszam na zapiekankę ziemniaczano-grzybową – wiem, tytuł cholernie banalny, ale nie pasowało nic z brzmiących z francuska lub angielska. Więc niech zostanie;-)

Zapiekanka ziemniaczano-grzybowa

Sarenki zostawcie w lesie w spokoju, ale… grzyby nie;-) Oczywiście, jeśli nie potraficie zbierać, to zwyczajnie możecie wzgardzić tym niecnym procederem, a do dania użyjcie kupne, mrożone podgrzybki, albo nawet boczniaki (kilka słów o rewelacyjnych właściwościach boczniaków – tutaj)

Grzybowa zapiekanka, to także przykład, jak modyfikować przepisy. W oryginale (przepis znaleziony sto lat temu w jakiejś gazecie, błagam o wybaczenie, ale nie pamiętam jakiej) w składzie produktów pojawiał się boczek i śmietana, tak więc ilość kwasów nasyconych, wolnych rodników, cholesterolu galopująca. Nie potrafiłam natomiast zrezygnować z sera, ale to już by była profanacja;-)

zapiekanka2- 8 sporych ziemniaków

- 0,5 kg mrożonych podgrzybków

- ok. 1 szkl. mleka 0,5 % tłuszczu

- tymianek suszony, łyżka

- łyżka oliwy z oliwek lub oleju rzepakowego

- 2 cebule

- 5 ząbków czosnku

- kilka sporych plastrów sera (mozarella lub pleśniowy kwaśny śmierduch)

W głębokiej patelni na oliwie zeszklić pokrojoną w talarki cebulkę, dodać również poćwiartowany czosnek, po chwili grzyby (rozmrożone rzecz jasna). Doprawić (pieprz i sól). Dusić ok. 15-20 minut.

Ziemniaki pokroić na talarki ok. 5 mm grubości, dusić w mleku z tymiankiem ok. 10 minut – żeby nie były surowe, ale też nie mogą być już na tym etapie ugotowane na miękko, bo potem się całość rozpadnie. (W oryginalnym przepisie ziemniaki miały się kąpać w baaardzo tłustej śmietanie, ale z racji żywieniowych dewiacji zaczęłam schodzić na produkty coraz bardziej chude, teraz mleko najchudsze z możliwych i jest ok:-) Talarki przerzucić na patelnię i wymieszać z grzybami, dusić 3 minutki. Przełożyć całość do naczynia żaroodpornego, wlać resztę mleka z tymiankiem (można dodać jeszcze tymianku). Na wierzchu położyć plastry ulubionego sera: ja uwielbiam z mozarellą, ale ja mozarellę mogłabym jeść nawet z lodami truskawkowymi… Świetnie pasują też kwaśne sery – tym razem użyłam Limburgera. Zapiekać ok. 15 minut 180 st C.   Smacznego!

PS. Jak znam życie, to za tę próbę obrzydzenia mięsa Natasza się zemści i niebawem da przepis na ścierwo przyrządzone tak, że nawet ja się będę ślinić… Więc nie rezygnujcie, a ograniczajcie;-)

zapiekanka

PS. Diety lecznicze online - zapraszam tutaj

{ 4 odpowiedzi… przeczytaj je poniżejdodaj jeden komentarz }

magda Luty 18, 2013 o 12:32 pm

Super! Szukałam pretekstu do ograniczenia mięsiwa, bo mi intuicja podpowiadała, żeby zastopować:) super;) a czy mięso drobiowe jest rzeczywiście lepsze od czerwonego? Pozdrawiam
Magda

Odpowiedz

Monika Luty 18, 2013 o 12:37 pm

No tak, argument, że mięso włazi w zęby dla mnie też był za słaby i szukałam dalej;-) Aż znalazłam.
Teoretycznie mięso drobiowe jest lepsze (mniej tłuszczu, mniej kalorii). Natomiast oczywiście też jest szprycowane antybiotykami i hormonami. W każdym razie lepsze to niż wołowina czy wieprzowina.
pozdrówka
monika

Odpowiedz

magda Luty 18, 2013 o 12:40 pm

A dzieciom też odstawić mięsko? Przyznam, że mam mętlik w głowie…

Odpowiedz

Monika Luty 18, 2013 o 1:25 pm

No ja też mam mętlik… I przyznam, że zgłębiam ten temat od dłuższego czasu – na razie bez zdecydowanej odpowiedzi na pytanie.
Niby są badania, że dzieci wegetarianie są zdrowe… Ale z drugiej strony dzieci jedzące mięso raczej nie mają z tego tytułu od razu (jeśli to jest oczywiście rozsądna ilość) problemów zdrowotnych. Takowe są oczywiste dla osób dorosłych i wtedy już naprawdę warto mięso mocno ograniczyć, jesli nie wykluczyć.
A wracając do dzieci, to nie chodzi mi w wątpliwościach o białko (łatwo zastąpić i dobrze zbilansować), wapń (też można, spokojnie) tylko o aminokwasy egzogenne… A także o to, że co z tego, że dieta wydaje się super zbilansowana, skoro niektóre składniki inaczej się wchłaniają… Na tym się naprawdę trzeba znać, żeby dziecku krzywdy nie zrobić… Ja na razie moim dziewczynom nie odstawiam (jedzą w przedszkolu, w domu jemy sporo ryb). Jeśli uda mi się kiedyś trafić na przekonujące i potwierdzone badaniami argumenty, to dam znać:-)
pozdrówka
monika

Odpowiedz

Zostaw Komentarz

Poprzedni wpis:

Kolejny wpis: