Dekalog niejadka

przez Natasza w dniu 29 listopada 2012 · 0 odpowiedzi

Lubię obserwować syna mojej koleżanki. Jest on typowym pięciolatkiem-niejadkiem z konieczności, bowiem własna matka osacza go jedzeniem. Gdy był jeszcze malutki wciskała mu cyca co pół godziny, choć wcale nie miał na to ochoty. Gdy przyszła pora na słoiczki kupiła trzysta rodzajów potraw i dawała mu na przemian marchewkę, szpinak, jabłuszka, kurczaka, rybę nawet jakąś plus setki obiadków zbilansowanych tak, by nie zabrakło mu choćby pół witaminy. Na dodatek bez przerwy mówiła o jedzeniu, straszyła szpitalem i kroplówkami, opowiadała z wypiekami na twarzy o żołądku skurczonym do rozmiarów orzeszka i prawie łkała z powodu śmierci głodowej jedynaka, choć ten żyje nadal i ma się dobrze. Po prostu nie znosi jeść. To, co ewentualnie wyżuje, wypluwa po godzinie (pod postacią uklejonej kuli) do śmietnika, a na widok talerza nawalonego żarciem po brzegi, najzwyczajniej mu się ulewa. W międzyczasie musi wciągnąć jeszcze jogurcik, owoce, przegryźć to wszystko orzeszkami i zapić ziołową herbatką. Gdy mamusia woła: „zaraz przygotuję ci coś do zjedzenia”, udaje, że właśnie umarł. Niestety efekt jest taki, iż mamusia całą winę za jego zachowanie zrzuca na anemię, której żadnej lekarz jeszcze nie potwierdził. Z tych obserwacji oraz z rozmów z innymi mamusiami, powstał dekalog niejadka. Stosowany uczciwie i bez oszustw, daje dobre skutki – dziecko powoli zaczyna interesować się jedzeniem

Nie będę jadł!!!!
Zobaczymy :-)

1. Po pierwsze proponujemy dziecku jedzenie tylko wtedy, kiedy jest głodne. Nie podtykamy posiłków co pięć minut i nie pytamy czy coś by w końcu zjadło. Nie patrzymy z nadzieją, aż kapnie mu ślina, co interpretujemy jako atak głodu. Dajemy czas, żeby rzeczywiście potomek zgłodniał i sam upomniał się o żarcie.

2. Nie panikujemy, jeśli dziecko jednego dnia chce jeść tylko chleb z masłem, owoce, albo kurczaka. Niech samo wybiera na co ma ochotę, koniec końców w tygodniu jego dieta i tak się bilansuje. Nie przeliczamy posiłków na ilość witamin dostarczonych do organizmu i nie walimy głową w lodówkę, że we wtorek zabrakło witaminy C, a środa jest deficytowa pod względem żelaza.

3. Koniec z przekąskami między posiłkami. Maluch nie musi podjadać przez cały dzień. Wyrzucamy też słodycze, herbatniki i sucharki na rzecz jabłka albo banana. Nie wciskamy mu do rączek chleba, buły, ani tym bardziej parówy, o której wiadomo, że zawiera wszystko, oprócz mięsa.

4. Nakładamy mniejsze porcje. Talerz pełen po brzegi wcale nie musi wyglądać apetycznie. Co innego mały kotlecik, łyżka ziemniaków i trochę marchewki. Przy okazji staramy się, żeby posiłki wyglądały fajnie i kolorowo. Na kanapkach robimy buźki z ogórka czy keczupu, obieramy jabłko na ćwiartki i układamy w rozetę, kotlecik formujemy w kształcie kaczuszki. Kulinarna fantazja, to bardzo skuteczna metoda na małych niejadków.

5. Zgadzamy się na tzw. „zachcianki”. Jeśli dziecko chce popijać obiad wodą z butelki w kaczuszki, nie upieramy się przy kubeczku. Jeśli chce zjeść najpierw szynkę z kanapki, a potem chleb – pozwólmy mu na to – w końcu i tak wszystko wymiesza się w brzuchu. Nie stoimy nad dzieckiem i nie poprawiamy go bez przerwy: uważaj, bo kapie, dołóż sobie pomidorka, może więcej keczupku? Odpowiedź na takie zachowanie jest jedna: spadaj, babo.

6. Nie dajemy maluchowi potraw, których ewidentnie nie lubi.  Pluje kaszką? Precz z kaszką! Zamiast banana woli jogurt bananowy? Dajemy mu jogurt! Wstrząsa nim na widok jajka? Won z jajkami! Robimy przerwę i dopiero za jakiś czas próbujemy od nowa. Każdy z nas ma fazy apetytu. Czasami miesiącami potrafimy jeść tylko pomidory, innym razem odrzuca nas na widok jajecznicy. Dziecko ma prawo do podobnych kulinarnych zachcianek.

7. Chodzimy na spacery. Świeże powietrze to doskonały pobudzacz apetytu. Nawet gdy jest zimno i pada deszcz, wychodzimy z domu. Ruszamy się, biegamy, gonimy kuny, robimy cokolwiek, byle na dworze. Sadzanie dziecka przed telewizorem, nie pobudzi mu apetytu. Po spacerze istnieje spora szansa, że niejadek nabierze ochoty na małą przekąskę, a może nawet zaakceptuje talerz ciepłej zupy.

8. Staramy się jeść wszyscy razem. Jedzenie w pojedynkę jest nudne. Co innego, kiedy tata coś opowiada, a mama w tym czasie smaruje kanapki albo kroi pomidora. Dziecko ma okazję nas obserwować i skupić na czymś innym, niż tylko sama czynność pochłaniania. Może też, a nawet powinien – pomagać. Ale o wpuszczaniu dziecka do kuchni, będzie nieco później.

9. Pozwalamy jeść maluchowi samemu. Nieważne jak bardzo się przy tym zabrudzi i ile to będzie trwało. Jedzenie palcami jest o wiele bardziej ciekawe, niż estetyczne karmienie łyżeczką przez mamę. Oczywiście od czasu do czasu pomagamy, ale przestajemy wyręczać! Karmienie kilkulatka to już prawdziwa żenada. Albo krojenie chlebka w kosteczkę. Jedzenie smakuje najlepiej, gdy się je czuje, gdy można zanurzyć palucha w konfiturze, zrobić dziurę w żółtym serze, pokruszyć bułkę. Precz ze sterylnością przy stole! Z mordki też ma prawo się od czasu do czasu – ulać!

10. Uznajemy „nie” za „nie”. Nie prosimy: „jeszcze jedną łyżeczkę”, „jeszcze za mamusię, tatusia, psa sąsiadów i gołębia, który właśnie przeleciał”. Kiedy dziecko mówi „nie”, to znaczy, że się najadło. I koniec.

Dajmy sobie miesiąc. Dajmy szansę, by nasze dziecko polubiło samą czynność jedzenia i przestało kojarzyć je z „karą”. A potem przyjdzie czas na kulinarne eksperymenty  z kilkulatkiem w roli głównej!

{ 0 odpowiedzi… dodaj teraz jeden komentarz }

Zostaw Komentarz

Poprzedni wpis:

Kolejny wpis: