Cukiniowy raj i jak Kulka wzgardziła jogurtem ze świni

przez Monika w dniu 8 kwietnia 2013 · 6 odpowiedzi

cukinia1

Kiedy po raz pierwszy Kulka została poinstruowana, że powinna czytać etykiety produktów, które kupuje, prychnęła z wyższością. Ja? Ja nie wiem co kupuję? Na szczęście jej wścibsko-upierdliwa natura kazała zerknąć ukradkiem na opakowania, kiedy wybierała w markecie ulubione żarełko. Była przekonana, że oto przed nią kolejny powód do dumy. Generalnie nie lubiła napojów gazowanych i chipsów, a to kazało jej wierzyć, że jej język został wyposażony w specjalny czujnik, wykrywający nadmiar cukru, tłuszczu, soli i konserwantów. Tymczasem…

Ulubiony jogurcik. Ha! No mleko! Oczywiście, że mleko! Hmmm, w proszku? Hmmm, to skąd żywe kultury bakterii? Nie, na pewno poza tym musi być mleko sfermentowane „w kierunku jogurtu”. No bo skąd konsystencja? Osz, żelatyna? W jogurcie? W dodatku żelatyny więcej niż „wsadu owocowego”, czyli to jogurt… ze świni! Dlaczego zatem na opakowaniu informacja, że to jogurt malinowy? A co to w ogóle ten „wsad owocowy”? No pewnie owoce. Ciekawe z czym? Jogurt reklamowany jako naturalny i „bez cukru”, ale smak sugeruje, że „wsad owocowy” zawiera nie tylko owoce. Sprytny wybieg, bo składu wsadu już nie trzeba podawać. Wyobraziła sobie jogurty, które na opakowaniu mają namalowaną śliczną różową świnkę, może być nawet Pepa, i różowymi literkami wesoło informują konsumenta: „jogurt ze świni”. Mniam. Z dodatkiem zdechłych kultur bakterii.

cukinia5W takim razie, żeby znaleźć jogurt, może trzeba znaleźć coś ze świni? Pognała do odpowiedniego regału. Okazało się jednak, że w świni jest 60 proc. świni. Poza tym trochę różnych papek i zagęszczaczy, które spokojnie mogłyby wylądować także w jogurcie. No i jeszcze coś, co o ile dobrze pamiętała znajduje się także w nawozach sztucznych. Matko! Świnia zawiera takie ilości chemii, ze nie ma szans na normalne funkcjonowanie metabolizmu.

Nie poddam się! Znajdę coś nie chemicznego, dietetycznego i niskokalorycznego. Szukaj Szarik, szukaj! Ryba! Cukier w rybie?!? Aaaaa! Sos jakiś dodali, słodzony. Dżem owocowy, bez cukru. Owoce to zdrowie. Ha! To co w środku? No jest trochę owoców, a poza tym zagęszczacz i syrop glukozowo-fruktozowy. Ciasteczka reklamowane jako zdrowa fit przekąska albo śniadanie, że zbożowe i w ogóle: no ziarna są, ale poza tym tłuszcz utwardzony i cukier. Serek owocowy dla dzieci: cukier i barwniki. Płatki śniadaniowe: fosforany. No chyba ich pogięło.

Faktycznie MUSZĘ zacząć czytać

cukinia4Kulka spędziła w markecie upojne kilka godzin, żeby poczytać. Lektura okazała się bardziej wciągająca i przerażająca niż „Milczenie owiec” i „Rok wilkołaka” razem wzięte. A zapoznawanie składu żywności trwało tyle, co lektura „Millenium”, wszystkie trzy tomy. Ale dzięki temu Kulce udało się wyodrębnić kilka produktów, które były tym, czym miały być: ser z sera, jogurt z jogurtu, owoce z owoców. Zmarnowane pół dnia? Nie! Bo następnym razem już wiedziała co chwycić i wrzucić do koszyka, a na co tylko pogardliwie zerknąć. Cudem opanowywała się, żeby nie splunąć na świńskie jogurty.

Na etykietach nauczyła się też porównywać kalorie. Czasem między podobnymi produktami kilkadziesiąt kcal różnicy! Ha! Czyli być może ja wcale nie jadłam za dużo, tylko źle dobierałam składniki! Na jednych zakupach – jogurt za jogurt, ser za ser itp. – zaoszczędziła na jednodniowym jadłospisie ponad 100 kcal.

Tylko wiecie, z Kulką jest jeden problem. Jak się zakręci, to już nie hamuje… Postanowiła pobić rekord świata w przygotowaniu małokalorycznego dania. Nie żeby jeść tylko to, ale żeby wykombinować takie danie, które pozwoli czasem wypełnić wnętrzności tak, żeby żołądek wołał: „Dobra, z tyłu dotykam kręgosłupa, jak zjesz jeszcze trochę, to się wyleję w okolicy pępka”.

Ziemniaki ponad 70 kcal. Hmmm, tego nie można zjeść za dużo. Będę jadła, ale to nie ten produkt, który można bez opamiętania. Marchewka – trzydzieści parę, no lepiej, lepiej. Por – zeszliśmy poniżej 30. Czy jest coś, co ma poniżej 20 kcal na 100 g? Cukinia! 16 kcal na 100 g, czyli 160 kcal na kilogram! To tyle, co biała mała bułka do hot doga! Pusta w dodatku!

Zatem od dziś cukinia! Do wszystkiego! Kocham Cię Ty długie zielone warzywo!

Cukiniowy raj

cukinia3To moje ulubione warzywo, gdy chcę zrzucić kilogram albo dwa. Albo więcej. Pierwsze, co posiałam w ogrodzie, gdy przeniosłam się z rodziną na wieś. Kocham ją nie za smak, bo o wyrazisty trudno, ale waśnie za to, że na 100 gram ma tylko 16 kcal. To oznacza, że jeśli zjemy kilogram (wiem, trudne wyzwanie) to dostarczymy sobie zaledwie 150 kcal. Śmiech na sali. Żeby zjeść równowartość energetyczną jednego pączka, trzeba by pochłonąć 3 kilogramy tego warzywa. Z tej rodziny także kabaczek (ale większe okazy mają bardzo twarde pestki) oraz patison (ale tylko bardzo młode, bo obieranie wystawia cierpliwość na najwyższą próbę). Moje trzy ulubione przepisy:

Cukinia duszona z czosnkiem i koperkiem

Młode cukinie kroimy (stare trzeba jeszcze wydostać z twardej skóry) na plastry lub kostki – wedle zamiłować do figur geometrycznych. Byle nie za drobno, bo z uduszonej zrobi się papka. Na oliwę z oliwek lub olej rzepakowy wrzucamy kilka pokrojonych ząbków czosnku, po chwili dodajemy cukinię, na koniec sporo suszonego lub świeżego koperku. Krótko dusimy. Lekko solimy. Jemy powoli, zastanawiając się, jakie jeszcze aromaty może wchłonąć cukinia, żeby następnym razem smakowała jeszcze lepiej i żeby przyrządzić ją po swojemu.

Jako że cukinia nie ma za wiele wartości odżywczych, ten temat załatwiają nam w powyższym przepisie: mistrz antyoksydantów – czosnek oraz koper – bomba witaminowo-flawonoidowa.

Kotlety

Każdy odchudzający się normalny człowiek może mieć kryzys, czasem kotletowy. Mi nie grożą depresje ciasteczkowe czy chipsowe, ale kotletowe tak. I co wtedy? Każdy dietetyk powie, że na diecie tylko gotowane. Ale, żeby nie zwariować można kombinować;-) Kotlety niby wywalamy z diety po to, żeby zmniejszyć liczbę kalorii o te, które są na mięsie (tarta bułka i tłuszcz). Ja łatwiej zniosłam przechodzenie na dietę, kiedy zrobiłam dokładnie odwrotnie – w kotletach podmieniłam wkład. Kotlety robię albo z boczniaków (rewelacja!) albo właśnie z cukinii. Po prostu plasterki zamaczam w rozbełtanym i osolonym lekko jajku, następnie w bułeczce i bach na patelnię z odrobiną oleju rzepakowego.

Cukinia z halibutem w muszlach

Cukinie używam też jako niskokaloryczny wypełniacz do różnych dań. No weźmy na przykład halibuta. Najbardziej tłusta ryba na świecie, ale nie potrafię zrezygnować. Zdrowa, ale te kalorie! Więc żeby nas te kalorie nie rozłożyły na łopatki, trzeba dla równowagi dodać cukinię!

Kawałki ryby (u mnie halibut, ale może być dorsz lub sola) wrzucić na odrobinę tłuszczu wraz z czosnkiem, dodać suszone zioła, cukinię i np. pora lub brokuły (wcześniej króciutko gotowane i odsączone). Ponieważ taka bardzo pożywna breja nie wygląda efektownie, można ją podawać w makaronowych muszlach. Dzieciom zostawcie koniecznie przyjemność nakładania sobie samemu! Strużki z mokrej brei lecą aż do łokcia, ale frajda niezastąpiona.

cukinia2

PS. Diety online – zapraszam tutaj.

{ 6 odpowiedzi… przeczytaj je poniżejdodaj jeden komentarz }

Bożena Kwiecień 8, 2013 o 2:23 pm

Narobiłaś mi apetytu…. może we środę jak będę miała ” miejski dzień ‚…. pojadę pod Halę Mirowską…. a tam w jednej budce mają zawsze boczniaki…. Ja robiłam je w formie ” flaczków „…. kroiłam w paski i na patelnię…. potem sól, pieprz…. i troszkę masełka na koniec…. mniam……….. i sałatę do tego….

Odpowiedz

Monika Kwiecień 8, 2013 o 3:42 pm

Ja boczniaki w każdej postaci!:-) Sobie też apetytu narobiłam, ale u mnie dzis nie było… Jutro wycieczka do metropolii, to na pewno kupię. Normalnie odruch Pawłowa: boczniaki = ślinotok!

Odpowiedz

Patyska Kwiecień 9, 2013 o 9:32 am

Też lubię kotlety z cukinii :) A wiesz, ja takie objawienie miałam kilka lat temu, od tego czasu słaby ze mnie klient na jogurty, serki czy wędlinki itp. Ale powiem Ci, że i tak dziś jest lepiej, np. jeden taki wiodący producent usunął fosforany z produktu (no chyba że tylko z etykiety ;)) i takie płatki daję czasem dzieciakom ;) A niektórzy podają skład wsadu owocowego!

Odpowiedz

Monika Kwiecień 9, 2013 o 10:09 am

No i niech tak się własnie zmienia to jedzenie! Ale żeby się zmieniało, to trzeba wybierać te produkty bez syfu, żeby w takim kierunku w ogóle szedł rynek:-)))))

Odpowiedz

kasia Kwiecień 10, 2013 o 2:45 pm

Też jestem wielką fanką cukinii- zwłaszcza w momencie, kiedy ciało krzyczy: „JEEEEEŚĆ!”, a odbicie w lustrze zdecydowanie odradza ;)
Dzisiaj u mnie na obiad: razowe spaghetti z cukinią, piersią z indyka i ricottą. Porcja tak duża, że zaspokoiła największy nawet mentalny głód, a przy tym miała max 350 kcal. I to tych ‚dobrych’ ;)
Ostatnio spotkała mnie miła niespodzianka w supermarkecie- po długim okresie unikania jogurtów, ze względu na podły skład, wzięłam pierwszy z brzegu, a tam: mleko i bakterie jogurtowe. Tyle! nic więcej! Cuda się jednak zdarzają ;)

Odpowiedz

Monika Kwiecień 10, 2013 o 6:27 pm

Mniam, brzmi fajnie:-) Ja jogurcik też mam jeden sprawdzony bez dziwolągów wewnątrz. Bardzo się bałam, że dzieciaki nie będą chciały, ale na szczęście polubiły:-)))))

Odpowiedz

Zostaw Komentarz

Poprzedni wpis:

Kolejny wpis: