Clafoutis zwyklakus, czyli upodlenie doskonałe na diecie

przez Monika w dniu 6 marca 2013 · 4 odpowiedzi

clafoutis zwykly

Kontrola u dietetyka… Mierzenie grubości fałd tłuszczu na brzuchu i przy łopatce wydaje się najbardziej upokarzającym zdarzeniem, jakie mogło się Kulce przytrafić. To zdecydowanie gorzej niż wypluć sztuczną szczękę na bankiecie, zgubić tipsy podczas rozgrywek w bowling (a znała taką kicię, znała!), albo beknąć wonią kiełbachy podczas zlotu wegan i obrońców zwierząt. Z drugiej strony masochistyczna przyjemność: zimne żelastwo na skórze, ale głos jakiś miły, aksamitny donosi, że fałda pierwszy raz cieńsza od wielkiej encyklopedii powszechnej. Miodzio! Do tego wyniki badań pokazują, że we krwi zaczynają się pojawiać krwinki, wcześniej wyparte prawie zupełnie przez płynący gęstą strugą karmel z klarowanym masłem. Jest sukces!

Kulka nie potrzebuje nawet wyników badań, żeby poczuć różnicę po parunastu tygodniach podmianki wiadra na talerz. Na metkach ciuchów o dwa duże iksy mniej, ostatniej zimy zaczęła używać szala, bo pojawił się jakby zarys szyi. – Warto, warto wytrzymać! Będę dzielna! Jeszcze tylko dwa iksy mniej przy L i będę szczęśliwa! – myślała – A wiosną kupię sobie baleriny i stopy nie będą się z nich wylewały!

Tylko ten cholerny kryzys!

clafoutis zwykly 2No właśnie… Kulka czuła się ostatnio tym całym odchudzaniem potwornie przytłoczona. Najbardziej bolały ją nogi, bo do domu wracała przez pole – chodzenie drogą, przy której jest cukierenka było ponad jej siły. Na imprezach wydawało jej się, że wszyscy mierzą wzrokiem czy zjadła tyle ile powinna, czy więcej (tak, jakby na imprezach ludzie nie mieli ciekawszych zajęć). Nie, no dieta super, nie żadne tam suchary popijane herbatką przeczyszczającą. Normalne, rzec by nawet można żarcie, ale w tak zwanych rozsądnych ilościach. Nawet nie chodziła głodna. Ale… człowiek tęskni, żeby choć czasem sobie pofolgować, nażreć się, upodlić, uwalić na łóżku i cierpieć z przeżarcia! Żeby się nawet wątroba odezwała! Człowiek by się czuł wreszcie jak…

- To co? Trzeba uczcić sukces wagowy i odpocząć! – to ten sam miły głos, który relacjonował efekty topnienia warstwy tłuszczu w różnych partiach ciała. – Co pani na to?

- Ja, ja, ja… ale jak? Co pani ma na myśli?

- No smakołyków w jadłospisie miała pani wystarczająco, żeby nie wylądować po diecie w psychiatryku, ale każdy musi odreagować. Tu jadłospis na kolejny tydzień, ale dziś może pani zjeść dowolnie wybrany posiłek w dowolnej ilości.

Dowolnie!

Piękne słowo. Kulce pozostało tylko zastanawianie się, czy zna tę samą jego definicję. He he he! Wyszła na zewnątrz. Wciągnęła świeże wiosenne powietrze nozdrzami tak rozszerzonymi, jakby już szukała zapachów tego, co dziś pochłonie… Spaliny? Krowa? Nie. Przymrużyła oczy… Cukiernia! Nie, lepiej nie kupne – pomyślała – przecież nie uniosę tyle, ile zamierzam zjeść! Dziś upiekę coś ekstra! I nie będzie żadnych, ale to żadnych zdrowych dodatków. Upodlenie doskonałe – clafoutis na śmietanie, bardzo słodki. Nie wiedziała tylko czy jeden wystarczy…

- Boszzz, tego mi było trzeba, od jutra znów dam radę być grzeczna kolejne kilkanaście tygodni! Aż do L, a może nawet M! – westchnęła Kulka.

Clafoutis zwyklakus;-)

Czyli francuski clafoutis w wersji bez ceregieli, odchudzonej o najdroższe i najtrudniej dostępne składniki – na Wasze życzenie po wcześniejszym antyrakowym (przepis tutaj). Zaryzykowałam i skorzystałam z tamtego właśnie przepisu, podmieniając tylko składniki 1:1 – suche na suche, słodkie na słodkie i mokre na mokre;-) Zostało zatem:

claf3- 1,5 szkl. mąki

- 3 jajka

- 1 szklanka cukru

- 2/3 szkl. śmietany 35 %

- 2/3 szkl. mleka sojowego

- 250 g świeżych owoców

W misce ubijamy jajka, dodajemy cukier, następnie mąkę, wlewamy śmietanę i mleko sojowe. Ciasto (raczej deser) wylewamy do formy. Na wierzchu układamy owoce. Pieczemy 30-40 minut w temperaturze 200 st. C.

W wersji zwyklakus clafoutis jest delikatniejszy, lżejszy, ale mi z kolei brakowało tego smaczku migdałów i mąki owsianej. Dlatego sądzę, że warto traktować powyższy przepis jako bazę do eksperymentów: w ramach 1,5 szkl. mąki można stosować różne jej rodzaje albo i także właśnie mielone migdały czy orzechy. Miłego eksperymentowania!

PS. Na wszelki wypadek uprzejmie informuję, że uczczenie sukcesu wagowego, czyli upodlenie doskonałe, nie należy się co każde zrzucone pół kilo;-)

PS 2. Diety online – zapraszam tutaj.

claf3

{ 4 odpowiedzi… przeczytaj je poniżejdodaj jeden komentarz }

Patyska Marzec 6, 2013 o 7:51 pm

Laska… kocham Cię normalnie :)

Odpowiedz

Monika Marzec 6, 2013 o 9:23 pm

Zez wzajemnością!:-)
Jak przyjadę do Wawy to się razem upodlimy jakąś mega kawą!;-)

Odpowiedz

krychutek Marzec 6, 2013 o 10:59 pm

hehe :-) też się kiedyś chodziło do dietetyka, więc znam ból! ale mądry aksamitny głos, co doradził upodlenie – raz na parę kilo nie zaszkodzi, a naprawdę potrafi uchronić przed psychiatrykiem ;-)

Odpowiedz

Monika Marzec 7, 2013 o 4:02 pm

Dokładnie!!!:-)

Odpowiedz

Zostaw Komentarz

Poprzedni wpis:

Kolejny wpis: