Spersonifikowany chleb jabłkowy

przez Natasza w dniu 21 listopada 2012 · 0 odpowiedzi

 

chleb1-001

 

Dom pachniał drożdżami. Matka w każdy poniedziałek przygotowywała świeży zakwas, by w sobotni poranek wstawić ciasto do pieca, a po godzinie wyjąć pachnący, złociście zrumieniony i chrupiący bochenek. Odkąd na świecie pojawił się Leander, nie uznawała kupowanego pieczywa.

- Wirusy, pleśnie, grzyby strzępkowe. Niekontrolowany i spontaniczny rozwój bakterii mlekowych. Fermentacja. Toksyczne metabolity. Nie umyte ręce, nie doprane fartuchy, nie wietrzone pomieszczenia. Osmalony piec, mąka na podłodze. Pieczenie bez pasji, bez uczucia. Taśmowa produkcja. Chleb bez serca. Nie dla dziecka - mruczała do siebie, mijając miejscową piekarnię.

Nie ufała piekarzom, nie wierzyła, że przygotowują ciasto w sterylnych warunkach, że dodają odpowiednią ilość soli, miodu i drożdży, że dopieszczają chleb bakaliami i celebrują poszczególne etapy wypieku. Ona każdy bochenek, każdą najmniejszą bułkę personifikowała, nadając jej imię i wierząc, że ta chlebowa współzależność uczyni wypieki idealnymi. Kiedy wyrabiała zaczyn patrzyła na Leandra, jak bawi się swoimi paluszkami, przegryza grzechotkę, ssie róg pieluszki, marszczy czoło i obserwuje cienie tańczące na ścianie.

Ponure myśli psuły ciasto.

Zamiast bąbelków na jego powierzchni pojawiały się smugi i cienie, zapach stawał się uporczywy i drażniący śluzówkę nosa, a konsystencja przypominała mazidlate bagno. Czasem też pokrywała się pleśnią. Wystarczyło jednak popatrzeć chwilę na Leandra, by zaczyn zabulgotał przyjaźnie i zapchniał świeżo przekrojonym jabłkiem z dodatkiem nuty cytrusowej, a potem kwaśnym twarożkiem z odrobiną kminku. Później Matka wystawiała misę na słońce, które przenikało w głąb swoim ciepłem i dodawało posmaku wakacji. Rozgrzane i lekko rozleniwione ciasto kładła pośrodku stołu i przykładała do niego prawą rękę. Stała tak przez chwilę w całkowitej ciszy, aż ciasto odpowiadało jej, że jest gotowe. Wtedy zaczynała ugniatanie, spokojnie wciskając dłoń w pachnącą, lepką masę i stopniowo rozpłaszczając ją na stole. Kiedy było wystarczające płaskie, zawijała jedną połowę na drugą i lekko przekręcała ciastem, zawsze zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Tą czynność powtarzała wielokrotnie, aż nabierała stuprocentowej pewności, że ciasto jest dostatecznie sprężyste i da się je uformować na kształt koła. Wtedy nadawała mu imię. Tak przygotowany bochenek znowu wystawiała na słońce, by chwilę odpoczął i zaczął pulchnieć, a sama wykładała wiklinowy koszyk pieluszką Leandra, do którego przekładała ciasto. Przed samym włożeniem do pieca, delikatnie kropiła je wodą, dzięki czemu pokrywało się mocno zrumienioną, chrupiącą skórką.

To był chleb idealny

Leander nigdy nie miał wzdęć, kolek, nieprzyjemnego bulgotania w brzuszku. I uwielbiał skubać różowymi dziąsełkami spersonifikowaną przez Matkę bułkę.

Osobiście nie jestem aż tak zakręcona i nie modlę się do zaczynu, ale bardzo lubię od czasu do czasu upiec chleb, zwłaszcza taki w wersji świątecznej. A ponieważ święta zbliżają się szybciej niż Komunia mojej córki (właśnie dzwonił ksiądz z informacją, że jako JEDYNA nie oddałam jeszcze zgłoszenia komunijnego i jak on ma to rozumieć), podaję przepis. Później oddalę się odwieźć zgłoszenie do parafii, bo niemiło jest być czarną polską owcą na niemieckiej wsi.

Chleb jabłkowo-orzechowy

Jabłka na chleb

Potrzebujemy:

750 g jabłek

100 g cukru brązowego (dopóki nie poznałam Moniki używałam białego)

100 g rodzynek

50 g suszonych moreli

50 g suszonych fig

500 g mąki

3 łyżeczki proszku do pieczenia

1 łyżka kakao

1 łyżka cynamonu

pół łyżeczki soli

200 g różnych orzechów

Jabłka obieramy i wycinamy gniazda nasienne, a następnie brutalnie miażdżymy mikserem na pachnącą, soczystą papkę. Mieszamy cukier, rodzynki, mąkę, proszek do pieczenia, kakao i cynamon i dodajemy do masy jabłkowej. Na koniec dorzucamy posiekane orzechy i z czułością matki Leandra mieszamy z ciastem. Całość przekładamy do formy (ok. 30 cm) i wkładamy do rozgrzanego piekarnika (180 stopni). Pieczemy ok. 60 minut. Możemy w tym czasie robić coś innego - pognać na sygnale do księdza, lub usiąść przed piekarnikiem i pośpiewać kolędy sobie i chlebowi. Możemy mu też zatańczyć, a na końcu nadać imię. Np. Zenon.

{ 0 odpowiedzi… dodaj teraz jeden komentarz }

Zostaw Komentarz

Poprzedni wpis:

Kolejny wpis: